Pokazywanie postów oznaczonych etykietą #moje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą #moje. Pokaż wszystkie posty

piątek, 2 sierpnia 2019

Taka całkiem stara.

Spojrzałam dzisiaj na wpis w moim nowym pamiętniku, jakoś sprzed miesiąca, może dwóch. Pomyślałam: "jeju, cały czas zdarza mi się wpadać w ten zawodzący ton, co 5 lat temu" - oczywiście był to wpis emocjonalny, gdzie czułam się zraniona i niezrozumiana przez otoczenie. Potem jednak do mnie dotarło, że przecież taka jestem, od pięciu lat nie zmieniłam tożsamości, wciąż jestem sobą. Owszem, wiele rzeczy się zmieniło, dużo przepracowałam, moje podejście do samej siebie jest całkowicie inne niż to sprzed lat, ale wciąż jestem tą samą osobą. 

I nie chcę być posądzona o bycie zwolennikiem teorii, że ludzie się nie zmieniają. Moim zdaniem cały czas pod pewnymi względami są zmienni. Ale niektórych rzeczy nie zmienią - nie chcą, nie muszą, nie potrafią, tak po prostu jest. U mnie jest to emocjonalność, pewna skłonność do dramaturgii, chęć bycia w centrum uwagi przy równoczesnej dozie nieśmiałości i wiele innych. Nad niektórymi chcę i mogę pracować, inne akceptuję, niektórych pewnie nie zauważam. Kształtuję człowieka, którym chcę być i akceptuję tego, którym jestem. I, chociaż może to zostać różnie odebrane, lubię siebie! A powoli zaczynam rozumieć, że nie wszyscy muszą mnie lubić, bo nie jestem pomidorową! (to piękne porównanie skądś jest zaczerpnięte, jednak nie jestem w stanie podać źródła :c)

Teraz wracam tutaj, po (ponad) roku, żeby dalej odsiewać nadmiar niepotrzebnych myśli. Nie powiem, że wracam nowa i odmieniona, bo to nie prawda. To wciąż stara ja, chociaż z nowym sposobem myślenia. Za mną wiele godzin pracy nad sobą i parę odkryć, które przyszły na terapii. Jednak staram się wydobyć prawdziwą mnie spośród wszystkich przyjmowanych ról, bo zmęczyło mnie już ich granie...

czwartek, 5 kwietnia 2018

Nie wszyscy muszą myśleć jak Ty!

     Ilu ludzi, tyle opinii. To jest fakt niezaprzeczalny. Każdy wyraża je w większym, lub mniejszym stopniu. Kształtują się one na podstawie tego, co wynieśliśmy z domu, własnych doświadczeń, otrzymanego wykształcenia czy środowiska w którym przebywamy. Jeżeli naprawdę są one przemyślanym własnym zdaniem, to bardzo dobrze. Gorzej, jeżeli powielamy bez zastanowienia opinie zasłyszane czy też wyczytane. Nigdy nie wiemy z jakich źródeł korzystała dana osoba. A trzeba pamiętać, że opinie są jej interpretacją danego źródła. Sama miałam sytuację, gdy znajome wypowiadały się stanowczo na temat jakiejś ustawy, posiłkując się jedynie czyimiś opiniami z internetu, nawet nie przeczytawszy treści przedmiotu sporu. Podejrzewam, że jest to częsty precedens, gdyż z natury bywamy leniwi, a samodzielne sprawdzanie źródeł zajmuje więcej czasu i pochłania więcej energii niż przeczytanie czyjejś opinii w internecie. Mylne jest to, że nawet nasze autorytety potrafią radykalnie interpretować podane fakty. Możliwe, że sami po zapoznaniu z nimi, odnieślibyśmy zupełnie odmienne wrażenie i wyciągnęli różne wnioski. 

     Nie tylko to mnie jednak martwi. Jest to zaledwie wierzchołek góry lodowej. Najsmutniejszą rzeczą, dla mnie, związaną z różnymi dyskusjami, nie zawsze jest to, że ludzie czerpią informacje z niesprawdzonych źródeł czy przyjmują opinie innych jako własne - zdarza się przecież, że sama to robię, czasem podświadomie, bądź gdy jakieś są przekazywane mi przez mojego tatę, który jest dla mnie dużym autorytetem. Jednak ciężko przeboleć mi sposób, w jaki prowadzimy najczęściej takie dyskusje. Pół biedy, gdy się z kimś zgadzamy - wtedy również jesteśmy poruszeni, zwłaszcza gdy temat jest trudny, ale jeśli podnosimy głos, to żeby się dobitnie zgodzić. Problem pojawia się, gdy dwie osoby prezentują zupełnie różne stanowiska...

     Ludzie mają różnorakie sposoby radzenia sobie z tą sytuacją. Jedni starają się uciąć dyskusję zanim rozpęta się wojna, używając stwierdzeń takich, jak: "No dobrze i tak się nie zgodzimy.", "Ty nie przekonasz mnie, ja nie przekonam Ciebie, więc po co się denerwować?" i innych tym podobnych. Inni są zbyt zaślepieni emocjami i wręcz przekrzykują siebie nawzajem, podając argumenty. Niestety, są też tacy, którzy nie potrafią oddzielić czyjegoś stanowiska od niego samego. Zaczynają obrażać człowieka za posiadanie innych poglądów. Wyzywać od "bezmózgów", "debili", "czarnogrodu" i tym podobnych. Rozmowy tych ludzi są najmniej merytoryczne i najbardziej krzywdzące - nie tylko dla ludzi, z którymi wymieniają poglądy, ale również dla nich samych. Nakręcają się, robią z tematu sprawę osobistą, przez co budują w sobie wewnętrzny gniew i niewasić do drugiego człowieka: najbardziej wyniszczające uczucia. 

     Przecież to, że ktoś ma inne poglądy polityczne, nie skreśla go jako matki, pracownika czy przyjaciółki. Nie sprawia, że dana osoba jest potworem. Może zgadza się z czymś, co dla Ciebie jest radykalne, ponieważ była w podobnej sytuacji? Przeżywała podobne emocje? A może popiera coś, jedną inicjatywę, ale Ty od razu utożsamiasz ją ze złem całej organizacji, która postuluje więcej niż ten jeden pomysł? Z innej strony po co zatruwać siebie nienawiścią do drugiej osoby? Po co się tak denerwować, "psuć sobie krwi"?

     Chciałabym przekazać tylko jedną myśl - szanujmy się nawzajem. Ludzie mogą mieć inne opinie niż my, co wcale nie umniejsza ich wartości. Nikt nie jest nieomylny, my również. Pamiętajmy o tym zawsze, gdy emocje będą chciały brać nad nami górę w konwersacji. 

wtorek, 20 marca 2018

Wciąż niewypowiedziane...

     " - Po prostu myślę, że najwyższy czas dorosnąć i przestać się w końcu oszukiwać. - nie mogłam patrzeć w te jego spokojne niebieskie oczy. Dużo bardziej bolała mnie ta cisza, niż krzyki, które jeszcze nie dawno co dzień słychać było w mieszkaniu. - Sam widzisz, że już mnie w twoim życiu praktycznie nie ma, a nie chcę żebyś na siłę starał się dotrzymać jakiejś chorej obietnicy danej sto lat temu...
       - Posłuchaj - zaczął spokojnie. Jego postawa przypominała i zbłąkanego wędrowca, chcącego uspokoić napotkanego w lesie niedźwiedzia.
       - Mam już dość słuchania... - powiedziałam cicho, czując, jak opuszcza mnie cała energia i wola walki. - Nie mogę patrzeć na twoje zmęczenie, smutek w oczach, wiedząc, że ich powody odnajdujesz zawsze na nowo, gdy odnawiamy kontakty. Nie potrafię słuchać o wszystkich dobrych rzeczach w twoim życiu, wiedząc, że jedynym mankamentem jestem ja. Nie oszukujmy się, jestem histeryczką, egocentryczką i w swoim napadzie nie liczę się z nikim i niczym. - wzięłam głęboki wdech przez frazą, po której miało nie być odwrotu - Nie jestem w stanie żyć nie będąc ci potrzebną, nie będąc w centrum twojej uwagi. Tak długo, jak będziesz okazyjnie w moim życiu, będę wymyślać nowe problemy, żeby zatrzymać cię jak najdłużej.
      Widziałam po jego minie, jak powoli trawi moje słowa. Znałam go nie od dziś, więc z łatwością potrafiłam odczytać jego myśli, przewidzieć zachowania. Czułam, że powie to, co chcę usłyszeć - zapewni mnie o ogromnej roli, jaką odgrywam w jego życiu, o tym, jaka jestem dla niego ważna... Ale tym razem już po prostu nie chciałam tego słuchać. Dawałam mu wolność, a on jak zwykle chciał się trzymać tego głupiego postanowienia powziętego przed laty... Tym razem, dla jego dobra, nawet dla dobra nas obojga, postanowiłam temu zapobiec.
      - Dlatego musisz dać mi spokój. - zobaczyłam ból w jego oczach. Powstrzymując łzy dokończyłam. - Nigdy z tego nie wyjdę, jeśli nie zostawisz mojego życia w moich rękach.
      Zostawiłam go, walczącego ze sobą, i dopiero w samochodzie pozwoliłam sobie na łzy.
 

   Spaliłam już wszystkie mosty. Czas rozpocząć nowe życie bez osób, które bym wciąż krzywdziła"



środa, 28 lutego 2018

Podróżna melancholia

Ostatnio spłodziłyśmy coś pięknego wraz z przyjaciółką Miss E.R.Caesar.


Cylindry niby rakiety zagłady,
mijając za oknem mrocznie ubrudzonym
na zamglonych polach szukając zwady
terror sieją, będąc zadowolonym.
Bruzdy gleb czarnych majaczące wśród bieli,
śmierci anieli.

Ogołocone z liści i z igieł,
czarne bądź szare pnie pełne żałości,
gałęzie sterczące jak potworny kieł,
niezbyt przyjaźnie witają gości.
Chylące ku upadkowi konarów obręcze,
śmierci naręcze.

Nad panów grobem rozgrzmieli anieli,
świszczące iskry w błysku spokojnem,
białej chusty nieba towarzysze zmarnieli
na widok ze snu - jawy ogromnem.

I gdyby tylko promień ułudy -
jedna część wiary - liści gorzałka,
mogła odsypać z oczu ich ziarna;
I gdyby powstały wraz z niemi ludy
spod ziemi wyrasta jak wiosny mleczarka,
czyż i ludzkość byłaby tak marna? 


sobota, 27 stycznia 2018

I co z tego?

     Co Ci pozostanie ze stonowanego życia wedle oczekiwań innych? Z dążenia do bycia tym idealnym, "bezprzypałowym" człowiekiem, który się w żaden sposób nie zbłaźni się w ich oczach? Sztuczne uśmiechy na zdjęciach? Wspomnienia z wspaniałej zabawy, okraszone wstydem, więc zohydzone? Czy może całkowity brak wspomnień z tej imprezy, na której byłeś/aś taki/a "cool", bo ilość wypitego alkoholu skutecznie je wymazała z Twojej głowy? 

     Potrafisz może wytłumaczyć dlaczego ludzie dostosowują swoje życia, plany, marzenia, zachowanie do otoczenia? Czemu zazwyczaj zamiast robić tego, co podpowiada im ta dziecięca część ich umysły, która jeszcze zachowała radość z prostych gestów, tłumią w sobie wszystko i starają się wpasować w otoczenie "normalnych" ludzi? Dlaczego mimo odmiennych zdań, religii, poglądów nie potrafią ich bronić w większej grupie? Chowają się wtapiając w tłum, robiąc to, co wszyscy dookoła, bojąc wręcz się wyróżniać, żeby nie zostać dostrzeżonym, wytkniętym, zapamiętanym... 

     Na szczęście nie wszyscy! Jest w moim otoczeniu pewna wspaniała osóbka, która daje mi nadzieję. Nie ona jedyna, lecz ona najbardziej. Chociażby ostatnio, gdy razem byłyśmy na przepięknym koncercie - zachwyciła się nim jak i inni, mimo że nie uczestniczyła w końcowej modlitwie. To jest z jej strony nie tylko ogromna tolerancja - potrafi docenić coś stworzone przez społeczność, której jest częścią, gdy chodzi o sztukę, a nie koniecznie musi być w innych momentach, jednocześnie nie narzucając nikomu własnego zdania, nie wyśmiewając niczyjej wiary ani przekonań. Czyż nie tacy powinni być wszyscy, jeśli chodzi o tolerancje w jakimkolwiek względzie? A z drugiej strony (tej, o której właśnie tutaj mówię) prezentowała swoje własne ja bez obaw. Nie robiła tego co wszyscy, bojąc się odstawać od tłumu. Pokazywała siebie jako jednostkę, mimo że była równocześnie częścią czegoś większego, publiczności. Była wolna od krępujących myśli "co oni wszyscy sobie pomyślą". Ta sama kochana osóbka łączy w sobie zarówno mnóstwo siły, jak i delikatności, podatności na zranienia. Każdy z nas może być sobą, gdziekolwiek tylko się znajduję - ba! wręcz powinien być, jeśli tylko nie polega to na krzywdzeniu innych istot żywych. Każda osoba jest wyjątkową indywidualnością, a nie pokazując swojego prawdziwego ja, zamyka się w klatce, która z pewnością ją unieszczęśliwia, 

     Naprawdę ubolewam, że tak niewielu można spotkać prawdziwych ludzi. Tych, którzy nie unikają pokazania swojego prawdziwego ja, tańczenia do nieprzytomności przy każdej muzyce, w każdym otoczeniu, rzucenia się w kupę liści, gdy tylko ma się na to ochotę, biegania z krzykiem po mieście, malowania na twarzach najdziwniejszych pejzaży, robienia najgłupszych min do zdjęć - i to wszystko najlepiej na trzeźwo!! Żal mi tych ludzi, a są też tacy, którzy z wielkimi oczami patrzą na innych, potrafiących bawić się bez jakiejkolwiek używki (piwka, papieroska, trawki, czegokolwiek!), nie narzekać, nie siedzieć z nosem na kwintę, tylko okazywać tę dziecięcą radość - z każdego działania, na które ma się ochotę! Czy to takie trudne zapomnieć o tym, że dookoła są ludzie, nie myśleć co sobie o nas pomyślą? Tak. Przyznaję to bez ogródek - nie jest łatwo, gdyż w takim społeczeństwie żyjemy. Skoro całe życie wszyscy dookoła nas dopasowują i samych siebie, to nic dziwnego, że nie jest łatwo z tym zerwać. Ale... może warto?

wtorek, 9 stycznia 2018

Bo... do niego warto zaglądać

     Jest pewien blog. Może bardziej jego autor? Moim zdaniem twórczość wspaniała, inspirująca, odnoszę wrażenie, że szczera. On był moją inspiracją. Pokazał mi, że można tak pisać, o wielu różnych rzeczach. Tylko dzięki niemu spróbowałam sama, tylko dzięki niemu mam ten sposób wyrażania w jakiś sposób siebie. A teraz... Odchodzi. Bloga usunął już jakiś czas temu, teksty przechowywał na facebooku, jednak teraz również ich chce się pozbyć. Nie dziwię się jego decyzji, nie mnie oceniać, ale żal jest. Był moment, gdy codziennie sprawdzałam czy jest coś nowego. Był taki, gdy czytałam od początku wszystko. Z moim przeżywaniem każdej emocji zapisanej w tekście miałam wrażenie, że poznaje autora - nie często zdarza mi się takie uczucie, a bardzo je cenię. Wiem, że nie jest prawdziwe, a przynajmniej nie całkowicie. W końcu człowieka nie definiują teksty, które pisze. Ale niewielu autorów potrafiło dotychczas we mnie wzbudzić takie uczucie i to jest piękne!

     Moja pierwsza myśl - o nie! Druga - życzę szczęścia. Dylematem jedynie pozostaje czy to życzenie napisać? Komentarz odpada - z moimi kompleksami, strachem przed byciem ocenianą, zauważaną, już oznaczanie najlepszej przyjaciółki pod głupimi filmikami, żeby ich nie przesyłać, jest szczytem. Zostaje wiadomość prywatna, a jej się boję... 

     Autor przypominał mi momentami kogoś, kogo znam. Kto odgrywał pewną ważną rolę w moim życiu, ale z niej zrezygnował (w sumie nie dziwota). Tym ciężej wbrew pozorom napisać tę jedną wiadomość. Jedno słowo: "Powodzenia!" - czy jest ono takie straszne? Czy coś zmieni? Pewnie nie. Czy doda otuchy? Kto wie? Czy pokaże, że doceniam go jako osobę i życzę jak najlepiej? Może. Nie wiem jak to odbierze, bo mimo tego, co mi się wydaję, nie znam człowieka. Ale wiem, że ten dylemat nie powinien mieć miejsca. 

     Żeby Was dłużej, nieliczni, nie trzymać w niepewności powiem, że mówię o blogu "Sto grzechów". W tym momencie, w którym to piszę, znajdziecie autora na facebooku bądź instagramie. W momencie w którym czytacie nie jestem w stanie tego gwarantować. 

     Autorowi życzę powodzenia całym serduszkiem. Może nawet zbiorę się w sobie, żeby mu o tym napisać. Nie zmienia to faktu, że radzę czytać jego teksty, dopóki jeszcze można. Bo myślę, że można z nich wynieść coś wartościowego!

środa, 3 stycznia 2018

I co się zmienia?

     Witam w Nowym Roku 2018! W tym roku, w którym w końcu każdy weźmie się za siebie, spełni od dawna skrywane marzenia i zmieni swoje życie nareszcie na to "idealne"! Dużo łatwiej być optymistą na początku roku niż w środku, gdy plany zetrą się już z rzeczywistością i pozostanie po nich jedynie cień - a może się mylę?

     Rok 2017 był. Nie wiem, może dobry, może zły. Teraz po prostu był, przeminął. Ale tego, co się w nim wydarzyło ani nie mogłam przewidzieć na początku, ani zaplanować. Nie mogę zaprzeczyć, że w moim życiu był on rokiem wielu zmian, paru z dużym skutkiem na przyszłość. Rokiem wkroczenia w wiek, w którym przestaje się być dzieckiem, a na co dzień słyszy się zwrot "proszę pani". Co z tego, że zdarzyło się to już wcześniej, skoro dopiero teraz stało się wyraźnie odczuwalne? 

     Podstawowym, moim zdaniem, pytaniem, które powinno zostać zadane w tym roku jest: "Czego żałuję z poprzedniego?". Potem przefiltrowanie wyników przez pryzmat zmian, jakie zaszły w nas i w otoczeniu. I powtórzeniu tego procesu do momentu, gdy znikną wyniki, albo chociaż będzie ich bardzo mało i to najlepiej zostaną same takie... nieszkodliwe. Np. "ach, mogłem/am pójść do kina na ten film". Bo może się powtórzę, ale nie powinniśmy żałować niczego z przeszłości, gdyż każda najmniejsza decyzja, każde wydarzenie doprowadziło nas do miejsca, w którym jesteśmy teraz - tak, może ono być beznadziejne. Ale równocześnie im wszystkim zawdzięczamy wszystko, co jest w nim dobre. Skąd wiesz, czy poznanie tej osoby, to czy nie uchroniło Cię od czegoś? Może to, że Cię zraniła, sprawiło, że stałaś/eś się silniejszy? Bardziej odporny? Że w przyszłości nie dasz się nabrać na nic? A skąd wiesz, że ta inna opcja, której nie wybrałeś, byłaby lepsza? Nigdy nie możesz mieć pewności jak na Twoje życie wpłynie chociażby to, że zjesz rano owsiankę zamiast kanapki - może akurat uchroni Cię to przed czymś, a może spowoduje jakiś efekt w organizmie, przez który gdzieś się udasz, kogoś spotkasz. Wszystko ma jakieś znaczenie, więc niczego nie należy żałować! Jeśli już patrzysz w przeszłość, to czy nie lepiej wyciągać z niej wnioski, nie rozwodząc się nad tym co mogło pójść inaczej? Czegoś nie robiłeś, a chciałeś? Zaplanuj to na teraz. Masz przed sobą jeszcze dużo czasu, możesz to zrobić kiedykolwiek. Choćby za 5 minut. Co Cię powstrzymuje?

     Rok 2018 będzie. Nie wiem, może dobry, może zły. Wiem, że ma się wydarzyć. Ale tego co przyniesie, nie mogę przewidzieć ani dokładnie zaplanować. Jednak wciąż mam na niego większy wpływ, niż na ten, który minął. Mogę sobie założyć jakieś cele, zacząć robić już coś dziś, teraz, zaraz. Spróbować nowych rzeczy, zaplanować chociażby jedną rzecz na miesiąc. Jeden promyk radości, przychodzący ze zrobienia czegoś szalonego/niepowtarzalnego/innego. Może to banalne, ale dopiero niedawno zdałam sobie sprawę, że żeby coś móc robić, nie trzeba być w tym najlepszy, ani robić tego idealnie. Ba! Nie trzeba robić nawet tego dobrze. Każdy kiedyś zaczynał i był w czymś kiepski na początku. Może nigdy nie dojdziemy w danej rzeczy do perfekcji, ale czy to powód żeby się poddawać? Myślę, że jeżeli cokolwiek sprawia Ci radość, to trzeba to robić, bo jakoś coraz mniej jej jest dookoła.

     Co Ci szkodzi zaryzykować? Co najgorszego może się stać? A co najlepszego? To może jednak warto?

     Zostawiam tutaj wiersz, który kiedyś miałam przyjemność recytować na konkursie. Wtedy uznałam go za dość melancholijny. Teraz widzę w nim nadzieję. A Ty, Drogi Czytelniku, jaką wiadomość z niego wyczytujesz?


Edward Stachura "Co warto"

Zwalić by można się z nóg

Co rusz,
Co krok.



Co noc,
To szloch
I rozpacz.



Ale czy warto?
Może nie warto?
Chyba nie warto...
Raczej nie warto.
Nie, nie - nie warto.



Zginąć by można jak nic:
Do żył
Jest nóż.



Lub w dół
Na bruk
Z wysoka.



Ale czy warto?
Może nie warto?
Chyba nie warto...
Nie, nie - nie warto.



Jechać by można do miast
Lub w las
Na błoń.



Na koń
I goń 
Nieboskłon.



Ale czy warto?
Może nie warto?
Ech, chyba warto...
Tak, tak - warto.
Bardzo to warto.
O, tak - to warto.
Jeszcze jak warto!


niedziela, 15 października 2017

To jak z tym kłamstwem?

     Od dzieciństwa wszyscy w naszym otoczeniu powtarzają, że "kłamstwo ma krótkie nogi", "prawda w końcu wyjdzie na jaw" i zaznaczają, że nie wolno kłamać, gdyż nie prowadzi to do niczego dobrego. Dzisiaj chciałabym jednak spojrzeć na jeden film i jedną książkę, których przekaz nie jest tak zdecydowany.

     "Niezwykły dzień panny Pettigrew" jest filmem, w którym główne role grają Frances McDorman i Amy Adams. Opowiada on o tytułowej pannie Pettigrew, która przez swój konserwatywny charakter i cięty język traci posady raz po raz. Gdy jej pośredniczka pracy postanawia nie próbować dalej, bohaterka ma ogromny problem - musi spać w przytułku dla bezdomnych, nie mając nic do jedzenia. Zdesperowana decyduje się na oszustwo: przychodzi do apartamentu młodej Amerykanki Delysii Lafosse i powołując się na swoją pośredniczkę, oznajmia, że przyszła do pracy. Od razu orientuje się, że jej zadanie nie będzie tym, co robiła dotychczas.

     Film opowiada tylko o jednym dniu, jednak jest on prawdziwie pełen wrażeń. Co chwilę coś się dzieje w życiu młodej Amerykanki, przychodzą różni mężczyźni, a panna Pettigrew jest zmuszona pomagać swojej pracodawczyni ukrywając jej sekrety i rozwiązując problemy towarzyskie. Dzięki Delysii przechodzi ogromną przemianę - od ubogiej służącej do eleganckiej sekretarki. Zażywa życia bogaczy, bierze udział w pokazie mody, bankietach, występach, dostaje eleganckie ubrania prosto od projektantki, jednak równocześnie miesza się w wiele prywatnych spraw osób dookoła niej. 

     Oczywiście na końcu prawda wychodzi na jaw, jak to zawsze musi się zdarzyć. Mimo to życie panny Pettigrew już nigdy nie będzie takie samo, zmieni się i to na o wiele lepsze. To czyż te jej niewinne kłamstwa jednak się nie opłacają?

     Drugą historią jest życie Gabriell Cocroft, młodej amerykanki z francuskimi korzeniami, opisane w książce "Kim jest ta kobieta" przez Doris Mortman. Jako mała dziewczynka ma wszystko o czym marzy - szczęśliwą rodzinę, ładny dom, wspaniałych i opiekuńczych rodziców. Jest bardzo zdolna, dobrze się uczy i jednocześnie jest pełna życia. Wszystko traci, gdy ma 12 lat. Musi się pozbierać i odnaleźć w nowym świecie, gdzie za opiekunkę ma tante Simone - siostrę matki, którą dotychczas widywała raz do roku. Po paru latach udaje jej się dojść do siebie, zakłada rodzinę i znów czuję się szczęśliwa i bezpieczna, Los jednak po raz drugi poddaje ją ciężkiej próbie. Mąż zostawia ją praktycznie bez środków do życia, a z racji tego, że całe swoje życie poświęciła żeby prowadzić dom, w wieku czterdziestu lat nie ma doświadczenia zawodowego, czyli także szans na zatrudnienie. Gdy po przeprowadzce do Nowego Jorku i tak nie udaje jej się znaleźć pracy, zdesperowana postanawia skłamać w swoim CV i przybierając nazwisko panieńskie matki staje się wykształconą wdową  doświadczeniem w branży. Szybko dostaje posadę, jednak nie sprawia to, że jej życie staje się usłane różami. 

     Przez całą powieść obserwujemy zmagania bohaterki ze swoimi problemami - długami, chorobą ciotki, problemami w kontaktach z synem. Równocześnie poznajemy inne postacie, ich perypetie, charaktery, zachowania. Książka pokazuje nam prawdziwie ludzkich ludzi, jeśli można to tak ująć. Każdy ma wyjątkowy charakter, decyzje podejmuje z różnych osobistych pobudek, a na wszystkie ma wpływ jego przeszłość. W tej powieści jest wszystko, czego tylko czytelnik mógłby oczekiwać - wątki miłosne, psychologiczne, problemy rodzinne, patologie, zakłamania, kryminalne zagadki, poszukiwania zaginionych dzieł sztuki, walka o pozycję i wiele innych. A w środku tego wszystkiego jest Gaby, jej kłamstewko i poczucie winy.

     Tak jak i w poprzednim przykładzie, tutaj również prawda wychodzi w końcu na jaw. Mimo początkowych problemów bohaterki z tego powodu, wszystko na końcu układa się znakomicie. To jednak znów wychodzi na to, że opłaca się kłamać?

     Można by dojść z łatwością do powyższych wniosków. Jednak trzeba się zastanowić głębiej nad tym, co musiały przeżywać obie bohaterki. Panna Pettigrew skłamała z głodu, a mimo to targały nią wyrzuty sumienia, momentami pragnęła się wycofać. Równocześnie towarzyszył jej wieczny strach, że wszyscy poznają jej sekrety, a przez to musiała pomóc kobiecie, która je znała, okłamać wartościowego mężczyznę. Tak jak Gabrielle, która również odczuwała wieczny strach przed zdemaskowaniem, nie mogąc nawet powiedzieć prawdy mężczyźnie, w którym się zakochała, ponieważ gdyby straciła swoją pracę, nie mogłaby w żaden sposób wygrzebać się z długów.

     I mimo że może czasami kłamstwo pomaga, to czy cena jaką się za nie płaci jest jego warta?

Tak btw - obie wymienione pozycje gorąco polecam! :)


sobota, 23 września 2017

     Zastanawiałeś się kiedyś, ile osób z Twojej listy kontaktów odpowiedziałoby: "Jasne, zaraz będę", gdybyś zadzwonił do nich, żeby zaproponować wypad do kina - piątkowy wieczór, nie masz nic do roboty. Jeszcze oferujesz, że będziesz prowadził, więc podróż na Twój koszt. Kto by był chętny, a kto wymyśliłby milion wymówek/rzeczy, które ma zrobić? 

     Zastanawiałeś się kiedyś, ile osób z Twojej listy kontaktów odpowiedziałoby: "Jasne, zaraz będę", gdybyś zadzwonił do nich umówić się na piwo/kawę/soczek, ponieważ potrzebujesz pogadać/wygadać się/ponarzekać/pożalić czy po prostu ludzkiego towarzystwa? Kto by odmówił/wymyślał wymówki? 

     Ile osób z tej listy możesz nazwać przyjaciółmi, a ile tylko znajomymi? Ile osób lubi z Tobą spędzać czas, a z iloma lubisz Ty? Na które osoby tak naprawdę możesz liczyć?

     Ile z tych wymówek byłoby prawdziwych? Ile chociaż zbliżonych do prawdy? Ile wymyślonych na szybko, a potem realizowanych z wyrzutów sumienia, albo przez podejście typu: "co będzie jeśli dowie się przez przypadek, że tego nie robiłem"?

A dla ilu osób Ty rzuciłbyś wszystko i przyszedł?




poniedziałek, 28 sierpnia 2017

"Poddaję się... On i tak woli Ciebie - jak zwykle"

"     Chcesz usłyszeć coś szczerego? Wiem, że nie, bo przecież co Cię obchodzi szczerość obcej baby w internecie. Ale i tak to opowiem. Bo mogę, tak samo jak Ty możesz po prostu to olać i wyruszyć w dalszą podróż bo bezdrożach internetu. Chociaż czekaj! Śmieszna historia zanim pójdziesz! Prawie zjadł mnie piesek. Nie przesadzam! Był naprawdę długości mojej łydki, sięgając z resztą do jej połowy. Jednak mój okrutny strach przed zwierzętami zmusił mnie do wspięcia się na ogrodzenie. Wyglądać to musiało komicznie, ale dla mnie rzeczywiście był to dramat! Dzwoniłam aż po pomoc! Tylko że ta pomoc miała swoje własne życie....

     Już możesz iść, zaczną się smęty. Bo jakże mogłam wypowiedzieć tytułowe słowa na głos, do trzeźwej kobiety z krwi i kości?! Zamglenie umysłu? Zaprzestanie radzenia sobie ze sobą? Takie stracenie kontroli to rzeczywiście nie w moim stylu, chociaż... Ostatnio zdarza się co raz częściej. Czy coś na to poradzę? Po prostu przestanę pokazywać to innym. I jeżeli zbiorę się na odwagę, to odwiedzę specjalistę. 

     Bo ONA to ONA. Może Ty, jeśli jednak coś Cię tknęło, żeby tu zajrzeć. Ciekawa jestem co by to mogło być... Przecież tylko jeden pan wie, że tutaj wylewam siebie, mówię obcym to, czego nie chcę znajomym. Ale wróć! ONA. Kochana jak siostra, lecz dzieląca więcej wspólnych przeżyć. Z którą rozumiem się bez słów. Której straty mogłabym nie przeboleć, lecz do której to sytuacji staram się co raz bardziej przyzwyczajać. Bo ONA też ma już dość. Dostaje rykoszetem większości ataków na mnie ode mnie, to ją powinnam chronić, bo na siebie to raczej za późno. Ale może jedynym sposobem dla niej jest zostawienie mnie, tak jak to wróżę komuś od lat? 

     Te słowa nie miały uderzyć w nią w żaden sposób. ONA nawet nic nie zauważa i nie da się jej za to winić! Narzeka na siebie, chociaż to mnie przy niej trudno mieć samoocenę na jakimkolwiek poziomie ponad zerem - nie z jej świadomej winy, raczej ze zwykłej kobiecej zazdrości o figurę. Tą, na którą ONA tak narzeka. A skoro ONA narzeka, z taką figurą, to co dopiero tocząca się za nią wiernie ja? 

     Nie zauważyłam momentu, kiedy ONA stała się moim kompleksem. Czymś, do czego nie dojdę nigdy - zarówno jeśli chodzi o figurę, jak i o socjalizację. Ale ONA nie powinna o tym wiedzieć. Przecież nie jej wina, a odebrałaby to jako atak zapewne. Jak wszystko, z czym sobie ostatnio nie potrafię poradzić. Nie pokarzę jej swoich łez, bo racjonalna część mnie wie, że są one bezsensowne, warte wyśmiania. Jednak uciekając przed nią oczywiście ją ranię, bo jak ja się mogłam tak zachować, jak ona na tym wyszła i wyglądała wtedy? Jakby mi coś zrobiła! 


    Socjalizacja? W moim przypadku? Zapomnij. Cokolwiek zrobię jest źle. Krzywo patrzę, za mało/dużo zwracam uwagę na tego/tamtego/tą. Za bardzo czuję się piątym kołem u wozu, ale przecież za wielka jest moja duma dla otoczenia, nie tak to wygląda? Rozwiązanie takiego problemu jest proste - zostaw mnie w spokoju. Jestem taka i taka, przeszkadza Ci to - zostaw mnie. Nie próbuj mnie zrozumieć, gra nie jest warta świeczki. Może jedna osoba uważa, że jest, ale to chore przyzwyczajenie, przekonanie, że tak właśnie ma być. Skoro nawet unikając jak ognia sytuacji, w której mogłabym wprawić kogoś w zakłopotanie bezsensownymi łzami, właśnie to robię i pokazuję jak okropnym człowiekiem jestem, to po co próbować? Chyba lepiej wrócić do tego okresu nieczucia, zerowego życia towarzyskiego, przecież zawsze coś robię źle. 

     Pisałam już w poście o tych momentach. Teraz jest taki. Bo skoro wszystko co robię zamienia się w szajs, to po co robić cokolwiek? Po co marnotrawić jedzenie, powietrze, czas i pieniądze. Nawet jeśli zapłaczą, poobwiniają się, to suma sumarum wyjdzie na plus, nie? Właśnie że nie, że to co robię ma jakąś wartość. Przynajmniej tak się przekonuję. I mam nadzieję, że jeszcze długo się w tym przekonywaniu nie poddam.                "


poniedziałek, 3 lipca 2017

I jeszcze się dziwisz?

"     Myślisz, że łatwo mi było "dotrzeć" do miejsca, w którym teraz się znajduję? Dojść do ładu ze sobą, ze swoimi myślami, uczuciami, emocjami? Zachowywać się w miarę normalnie, gdy ktoś sobie eksperymentował z moimi hormonami i potem, kiedy opuszczały mój organizm? Że te moje wahania nastrojów to takie dla picu? Że miałam nad tym kontrolę? Ba! że teraz mam?

     Dziwisz się, że nie mówię Ci o tym, co siedzi w mojej głowie? O tym, co mnie boli, co mnie dołuje, o tych momentach, kiedy nie wiem czy chcę mieć jeszcze sama ze sobą do czynienia. Po co bym miała? Żebyś radośnie wyśmiała? Nic nie zrozumiała? Zdołowała? Bo to właśnie robisz. Za każdym razem, gdy myślę: "ah, spróbuję", Ty sprowadzasz mnie do parteru. Już nie chcę nawet próbować...

     Tak, opisuję to tutaj, mimo że i tak nikt nie czyta, a nawet jeśli, to narzeka na wywnętrzania i moje niezadowolenie. Tak, wolę to robić tutaj, przelewając słowa na bloga, niż rozmawiać z Tobą. I mnie dziwi, że nie potrafisz tego zrozumieć. Że nigdy nie próbujesz. 

     Więc znów trochę się "pokatuję", pozamykam w sobie, popłaczę. Znów posiedzę w ciemnym pokoju patrząc w ścianę. Znów napiszę coś w pamiętniku lub wrzucę na bloga. A Ty wciąż nic nie będziesz wiedzieć. Będziesz patrzeć na maskę, którą dla Ciebie wkładam, bo każde jej ściągnięcie boli za bardzo. Będziesz patrzyła na to, co chcesz widzieć, co jest łatwiejsze, bardziej do przyjęcia. A jeśli kiedyś sobie przypomnisz, że miałaś tu wgląd, to może się zdziwisz. Może na chwilę. Potem znów wrócisz do swoich spraw, stwierdzisz, że to o niczym, a na pewno nie o Tobie, albo że za długie i nawet nie ma sensu czytać. 

     Pozdrawiam, przyjaciółko. Bo mimo wszystko, wciąż nią byłaś, jesteś i zapewne będziesz.                        "


czwartek, 22 czerwca 2017

Jestem samobójcą.

"     Zamykam dokładnie drzwi do mieszkania. To samo robię z tymi od pokoju - chcę mieć pewność, że nikt mi nie przeszkodzi. We własnym, dobrze znanym łóżku, zamykam oczy, żeby ich więcej nie otworzyć. Nie towarzyszy mi żadne zawahanie, tak często o tym myślałam, że teraz jestem zdecydowana - to najlepszy wybór. 
     Ale co potem?

     Jak to co? Nie ma człowieka, nie ma jego życia, rozdział zamknięty... A może jednak nie?

     To wcale nie jest koniec opowieści. Raczej początek wielu nowych, niekoniecznie wesołych...

    ~ Opowieść osoby, która znajduje ciało. Po trudzie dostania się do niego, okazuje się, że jest za późno, nic się nie da zrobić. Patrzy na martwego bliskiego, w jego głowie zapisuje się ten obraz, następnie pojawia przed oczami za każdym razem, gdy je zamyka. Nie może spać w spokoju. Jest cieniem człowieka, którym był kiedyś. 

    ~ Opowieści wszystkich ludzi z otoczenia - krewnych, przyjaciół, ludzi ze szkoły, pracy, otoczenia. Gdy wstrząsa nimi cała sytuacja, na początku nie chcąc w nią uwierzyć. Żyją potem w poczuciu winy - nic nie zauważyli, jakim cudem?! Czy mieli co zauważyć? Nawet jeśli nie, do końca życia będzie ich prześladowała myśl, że może jednak dało się coś zrobić, czego oni nie dokonali. Byli przecież cały czas tak blisko, jak mogli nie zauważyć? A może widzieli coś, jakieś myśli im kiełkowały, ale przecież kto nigdy nie miewał chandry, kto by przypuszczał... Ale mogli zareagować, zapytać, nie dać się zbyć... Ta opowieść dla niektórych się skończy, dla innych będzie trwała całe życie.

     Twoje życie, nawet nieświadomie, ma wpływ na życia ludzi dookoła. Twoja śmierć nie przejdzie bez echa - nie ma możliwości, żeby tak się stało. SAMOBÓJSTWO JEST NAJGORSZĄ OPCJĄ Z MOŻLIWYCH. Ono nie jest aktem odwagi - jest aktem samolubstwa i/lub tchórzostwa. Pozbawiasz siebie życia, a innych ludzi szczęścia, zamiast stawić czoło problemom. To fakt, to Twoje życie, możesz robić sobie z nim chcesz, nie patrząc na innych. Ale Twoja śmierć nie jest czymś, co dotyczy tylko Ciebie. 

     Myślisz sobie, że łatwo mówić to osobom, które nie mają takich problemów jak Ty, mają silniejszą psychikę, dają sobie rade ze wszystkim, osiągają sukcesy. Tylko że Ty też tak możesz. Ograniczenia są jedynie w Twojej głowie. Myślisz, że ta radosna dziewczyna, co chwilę zbierająca w sobie odwagę by zrobić coś "szalonego", ciekawego, by sprawdzać swoje granice, nigdy nie miała takich myśli jak Ty? Może właśnie po to robi te wszystkie rzeczy - żeby na własnej skórze poczuć wartość życia i strach przed jego utratą. Żeby zmienić swoje życie w przygodę. Myślisz, że ten szczęśliwy mężczyzna, głowa rodziny, dobrze zarabiający, mający radosne dzieci, nigdy nie miał takich myśli jak Ty? Nie przyszło Ci do głowy, że zanim tak zarabiał, ledwo wiązał koniec z końcem? Że przy życiu trzymała go myśl, że nikt za niego nie wyżywi dzieci, które już spłodził? Że może one wcale nie były jego radością, a jedynie zmartwieniem, kolejnymi gębami do wyżywienia, które w dodatku nie dawały odpoczynku, po ciężkim dniu pracy? Wygrzebał się z tego, poukładał swoje życie, ruszył dalej i znalazł swoją motywację. Uważasz, że ta radosna singielka, "silna i niezależna" kobieta, radząca sobie ze wszystkim bez niczyjej pomocy, nie myślała o końcu tego wszystkiego? Ona też kiedyś kochała, została zraniona, nie umiała sobie z tym poradzić. Pomogli jej ludzie dookoła - rodzina, przyjaciele. Byli, są i będą, a ta myśl pomaga jej wstać codziennie rano i przywdziać uśmiech na twarz. Bo los może się odmienić, uśmiechnąć.

     To tylko parę przykładów, tak naprawdę możesz się nie utożsamiać z żadnym z nich, żaden może Cię nie przekonać. Jednak pomyśl przez chwilę czy nie warto spróbować odzyskać sensu życia, zamiast pozbawiać się w ogóle szansy na niego? 

     Tego typu rozmowy przeprowadzam sama z sobą raz na jakiś czas. Kiedy jest gorzej. Kiedy coś się wali. Kiedy mała przyjaciółeczka chandra podpowiada, że tak naprawdę nikt nie zauważy, kiedy zniknę... Może jesteś w podobnej sytuacji. Może też prześladują Cię te myśli, ale na razie z nimi walczysz. A może nie masz już sił. Jeśli dotyczy to też Ciebie, to odejdź od tego ekranu, pójdź do osoby, która jest blisko, chociaż może nie zawsze ją zauważasz. Do chłopaka, dziewczyny, przyjaciółki, przyjaciela, mamy, taty, wujka, ciotki, babci, dziadka, sąsiada, rodzeństwa - kogokolwiek - i poproś o chwilę uwagi, rozmowy. Może akurat pomoże Ci spojrzeć na świat inaczej. Może da Ci motywację do dalszego życia. Może skieruje do specjalisty, przekona, że prośba o pomoc wymaga większej odwagi, niż pozbawienie siebie szansy na zmianę życia. Bo nie ma nic wstydliwego w tym, że ktoś sobie nie radzi. Tylko przede wszystkim trzeba do tego się przyznać przed samym sobą, a następnie przed drugą osobą, żeby nie wojować z problemami samotnie.      "

     Jeśli wciąż nie zauważasz tej osoby obok Ciebie, to zadzwoń, na któryś z telefonów zaufania. Ci ludzie są tam, żeby pomóc. Inną opcją jest zgłoszenie się do psychologa lub psychiatry (do tego pierwszego skierowanie może wypisać lekarz rodzinny, do psychiatry można iść bez żadnych skierowań) i porozmawianie z nim, ponieważ jako specjalista na pewno zrobi wszystko żeby pomóc. 
     Jeśli te opcje wciąż Cię przerażają, zawsze możesz napisać też do mnie. Nie gryzę, nie oceniam. Tylko proszę, nie wybieraj ostateczności, bo potem nie ma powrotu...


niedziela, 7 maja 2017

Nie da się przecież kupić miłości! A może...?

"Niemoralna propozycja".
  Gwiazdorska obsada: Demi Moore, Robert Redford, Woody Harrelson.
  Milion dolarów. To ogromna suma pieniędzy, a ludzie, którzy zbyt łatwo godzą się go wydać są dosyć podejrzani, czyż nie?
  Co byś zrobił, gdybyś dysponował taką sumą?
  A co byś zrobił, gdybyś miał możliwość dostania takiej sumy praktycznie za darmo?

  Film opowiada o małżeństwie - Dianie i Davidzie Murphy - zgodnym i szczęśliwym, które popada w kłopoty finansowe, chcąc spełnić swoje marzenia. Aby spłacić długi wybierają się do Las Vegas, aby pomnożyć ostatnie oszczędności i móc dalej realizować swoje cele. Tam spotykają ekscentrycznego biznesmena, który składa im tytułową niemoralną propozycję - za milion dolarów pragnie spędzić noc z Dianą Murphy. Małżeństwo początkowo kategorycznie odmawia, jednak po całej nocy spędzonej na rozważaniach, stwierdzają, że ich miłość przetrwa tę próbę, a naprawdę potrzebują tych pieniędzy.

  Zastanówmy się nad moralnym aspektem tej historii. Czy zgodziłbyś się wypożyczyć swoją żonę? Czy zgodziłabyś się spędzić noc z nieznanym mężczyzną?

  Myślę, że dużą rolę odgrywa fakt, że ten "nieznajomy" jest niebotycznie bogaty, a przy tym nie jakiś stary i całkiem przystojny. Większy odsiew by był, gdyby ten mężczyzna był w podeszłym wieku i do tego obleśny. Wciąż jednak pozostaje ta strona medalu, przez którą kobieta czuje się jak zwykła prostytutka, tylko taka droższa. Bo cóż za różnica czy sprzedajesz swoje ciało z własnej woli za małą czy dużą stawkę, jeżeli tak czy siak potrzebujesz tych pieniędzy, a alternatywą jest jedynie ciężka, długotrwała i gorzej opłacalna praca? Pojawia się ona, gdy oddajesz się innym mężczyznom nie z własnej woli, aczkolwiek tutaj w rozważaniach wkraczamy na grząski grunt. Oczywiście to są aspekty dotyczące kobiet w takiej sytuacji.

  A co czuję mężczyzna w tej sytuacji? Jest tak spragniony pieniędzy, że nie ma dla niego znaczenia fakt, że inny facet będzie robił z jego żoną na co tylko ma ochotę? A może nie ma dla niego znaczenia to co i z kim ona robi, byleby była jego wizytówką? Nie czuje się upokorzony, że nie jest w stanie zapewnić takiego bytu żonie, żeby nie musiała sprzedawać własnego ciała? Nie zastanawia się, co myśli żona, której w ogóle pozwala na takie zajęcie? Kobieta, którą jest w stanie się dzielić... kim jest dla niego?

  Skąd w ogóle te podejrzenia, że po takiej rzeczy będą w stanie żyć normalnie, jakby nigdy nic nie miało miejsca? W człowieku zawsze pozostanie pewna drzazga, która będzie uwierać, nie ważne jak by się starał.

  A co Ty, czytelniku, myślisz o całej tej sytuacji?

P.S.: Ostatecznie milioner ma wielkie serducho, a film jest jednym z piękniejszych jakie widziałam!


środa, 12 kwietnia 2017

 "  Żałuję.

    Tego, że się otworzyłam.

    Tego, że się przywiązałam.

    Tego, że kontakt się urwał.

    Tak wielu rzeczy, że nawet nie ma sensu ich wyliczać. Bo co mi to da? Czy poczuję się lepiej, wyliczając wszystkie "błędy" i narzekając na to, czego nie zrobiłam? Nie sądzę...

    Co by się stało, gdybym postąpiła inaczej? Gdzie bym była teraz? Skąd mogę wiedzieć, że błąd w przeszłości nie spowodował szczęścia w teraźniejszości? A jeśli tak, to gdzie jest sens żałowania go?

    Chcę zacząć to na nowo. Nie, błąd! Chcę zmienić coś akurat teraz. Spróbować czegoś nowego, wyciągając wnioski z przeszłości. Przestać żałować i nie bać się nadchodzących wydarzeń. Starać się patrzeć w przyszłość pozytywnie, zamiast wymyślać czarne scenariusze. Wierzyć w swoje możliwości, nawet gdy inni podcinają skrzydła. 

    To będzie ciężkie - wiem już teraz. Rzadko udaje mi się wytrwać w takich postanowieniach. Ale nie chcę więcej się tak czuć, żyć w ten sposób, zakopywać się w koc, starając się "przetrwać" kolejny dzień. Niezależność, odwaga i walka o samą siebie - oto nowe motta mojego życia! 

    Wish me luck!
"

czwartek, 30 marca 2017

Te wszystkie cechy kochania

    Miłość... To uczucie jest tym, czego pragnie chyba każdy człowiek w swoim życiu, nawet jeśli nie do końca zdaje sobie z tego sprawę. Głęboko zakorzeniona potrzeba bycia kochanym oraz kochania. Posiadania kogoś, dla kogo gotowy byłby skoczyć w ogień, kogo szczęście jest jednym z jego priorytetów. Jednak dziwne to jest uczucie, a jego specyfika potrafi zadziwić wszystkich...
    Nie będzie tu mowy o romantycznym "zakochaniu" czy "zauroczeniu". Nie chcę poruszać tematu miłości zaślepionej, ani idealnej. Chciałabym pochylić się nad tym rodzajem, który dotyczy każdego z nas - nad miłością codzienną. Może to być uczucie żywione do mamy, taty, babci, cioci, rodzeństwa, wujka, kuzyna, albo nawet przyjaciółki/przyjaciela, który jest bliski jak rodzina, a może nawet bardziej...
    Dlaczego ten rodzaj? Bo on potrafi być najpiękniejszy. Przyjaciel ostatnio napisał do mnie: "Przecież nie przestajesz kochać matki tylko dlatego, że stała się alkoholiczką!". Mimo absurdu całej sytuacji, w której te słowa zostały wypowiedziane, to jednak dostrzegłam w nich prawdę. Dobrze, są ludzie, którzy nienawidzą swojej rodziny, a to uczucie jest głęboko zakorzenione i spowodowane wieloma ranami. Jednak jeśli człowiek kiedykolwiek kogoś prawdziwie kochał, to raczej to uczucie nie zniknie nigdy całkowicie, pozostanie pewien sentyment... Jednak również nie o tym chciałam tutaj pisać. Nie o stracie bliskich, ale o ich ciągłej obecności, pomimo zadawanych ran. Bo to również może boleć...
    Myślę o uczuciu do osoby, która jest częścią twojego świata, mimo że potrafi zniszczyć twój dobry nastrój w sekundę, nawet o tym nie wiedząc...

    Kiedy nawet szczęśliwa wracasz do domu, myślisz jak sprawić by ten dzień był lepszy, a tam zastajesz atmosferę zdenerwowania, a z innego pokoju co chwilę słyszysz przekleństwa - a przecież nic takiego się nie stało.

    Kiedy zrobiłaś coś głupiego, albo coś zepsułaś, może nawet sobie zaszkodziłaś, ale potrafisz sprowadzić to do porządku dziennego, aby nie dręczyć się wyrzutami sumienia, wrednymi myślami, poza tą jedną - ktoś się zdenerwuje, będzie krzyczeć, mimo że sama wiesz, że nic takiego się nie stało, że sobie poradzisz ze skutkami, konsekwencjami, nawet tymi najgorszymi. Wtedy tą najgorszą konsekwencją staje się jego gniew.

    Kiedy nie chcesz się za bardzo przejmować przyszłością, bo strach przed nią cię paraliżuje; wiesz, że tak czy siak dasz z siebie wszystko, ale zadręczanie się w tym momencie przyszłymi wydarzeniami sprawi, że koniec końców nie zrobisz nic dobrego dla siebie, a ktoś wciąż ma wobec ciebie wygórowane oczekiwania, stawia cię w dokładnie tej paraliżującej sytuacji, w której nie chcesz być. Nie daje ci działać, żyjąc w zgodzie ze samym sobą.

    Kiedy coś cię gnębi i dręczy, chcesz o tym porozmawiać, zwierzasz się, a ktoś bagatelizuje twoje sprawy cały czas skupiając się tylko na swoich. Masz nawet wrażenie, że kompletnie nie zwraca uwagi na to, co właśnie powiedziałaś. Wciąż wraca do swoich spraw, okazując brak zrozumienia.


   Wtedy zastanawiasz się co jest nie tak, dlaczego otaczasz się ludźmi, których masz dosyć, nie chcesz widzieć, bądź którzy najwyraźniej mają dosyć ciebie... Ale potem wzburzone uczucie przechodzą, patrzysz na wszystko chłodno i widzisz jednak całą prawdę. Myślisz, jak bardzo uczucia wpływają na twój stosunek do drugiej osoby...

    Bo przecież robi to dla ciebie i potrafi zawołać cię tylko po to, żebyś siedziała i rozmawiała. A gdy ty sama w złym nastroju przygotowujesz coś przychodzi, żeby poprawić ci nastrój.

    Bo mimo krzyczenia o wszystko, nawet głupoty, potrafi przyjść, przeprosić, aby innym razem, gdy będziesz leżeć w gorączce latać po całym mieście, żeby znaleźć akurat to, na co masz ochotę. Bo stara się z całych sił utemperować burzliwy charakter i zmienić reakcję. Bo kiedy psujesz sprzęt kuchenny plus prąd w całym pionie, po czym dzwonisz skruszona przyznać się do tego potrafi zareagować spokojnie, pocieszyć, pomartwić się o ciebie na pierwszym miejscu, a potem udawać przed sąsiadami, że nie ma pojęcia dlaczego taka awaria miała miejsce.

    Bo potrafi ci powiedzieć w momencie zwątpienia w siebie - hej! czym się martwisz? jesteś w tym dobra, poradzisz sobie. Bo mimo wielkich oczekiwań, ma również ogromną wiarę w twoje możliwości. Bo chce, żebyś była szczęśliwa, tylko motywacja nie wychodzi tak jak powinna. Bo wszystko co robi ma na celu zadbanie o ciebie i twoją przyszłość, żeby okazała się mniej przerażająca.

    Bo potrafi cie wspierać nawet, gdy popełnisz największą życiową głupotę. Bo sprowadza wszystkie wielkie tragedie do właściwych rozmiarów, uświadamiając ci, jak to nie warto się nimi przejmować. Bo zna cię na wylot i potrafi przewidzieć twoje reakcje. Bo może wieszać z tobą psy na głupim kolesiu, który nic nie rozumie i nie docenia. Bo będzie potrafić pomóc ci się ze wszystkim uporać.


    I możesz tego czasem nie zauważyć, ale zmieni się dla ciebie. Może wpadając od czasu do czasu nie zarejestrujesz tego, że krzyczy ciszej, wyklina mniej, naciska słabiej, słucha bardziej. Jednak kiedy się bliżej przyjrzysz, odstawisz emocje na bok, porównasz z przeszłością, to zobaczysz to wszystko. Docenisz. Zrozumiesz. A przez to pokochasz jeszcze bardziej!

sobota, 11 marca 2017

"    Spotykasz go po raz pierwszy, myślisz: "ciekawy człowiek, chociaż jest w nim coś niepokojącego...", lecz od razu odrzucasz te rozważania - nie masz z nim styczności, nie będą ci potrzebne. Potem zaczynasz go zauważać coraz częściej, to normalne, kiedy nagle jedna anonimowa osoba z tłumu staje się twarzą z imieniem i nazwiskiem. Zauważasz więcej faktów z jego życia, mimowolnie bo trudno nie, gdy chodzicie do jednej szkoły. Wciąż jednak nie przywiązujesz do tego wagi - może zaśmiejesz się pod nosem, kiedy raz cię rozpozna i się przywita, a za drugim razem udaje, że nie widzi...
    To się zaczyna nagle. Odzywa się do ciebie, tak naprawdę w błahej sprawie. "O, pretekst" myślisz, kolejny raz odrzucając złe przeczucia i natrętny głosik mówiący: "strzeż się, to pewnie jakaś gra, zakład, on jest dziwny, aura niepokojąca". Tłumisz je, zbierając o nim informacje z portali społecznościowych (to on już nie jest z tą dziewczyną?!) oraz od wspólnych znajomych (środowisko szkolne przecież nie jest ogromne...). Mimo dziwnych doniesień z tego drugiego źródła, które powinny dać ci do myślenia, brniesz w to dalej - wiadomo przecież co będą mówili znajomy jego byłej... On ma swoją wersję wydarzeń, ona swoją - to wcale nie jest tak niespotykane, a ty masz już dość oceniania ludzi przez pryzmat opinii innych.
     Brniesz w to. Przyzwyczajasz się, co za tym idzie przywiązujesz. Dzień bez rozmowy to dzień zbyt pusty, coś w nim nie pasuje. Chociaż są momenty lepsze i gorsze, czasem masz nawet go dosyć. Spotykacie się. Niby macie o czym rozmawiać, jednak nie opuszcza cię to niepokojące uczucie. Ten instynkt radzący, żeby może lepiej trzymać się z daleka. "Nie znam go przecież, dam mu szansę, dowiem się o co chodzi". Naiwnie...
     Ciągnie się to, chociaż w twoim przekonaniu nie ma podstaw. Wciąż mu zależy, mimo że różnicie się jak ogień i woda. Unikasz spotkań, bo instynkt ucieczki przeważa... Kłótnia, pogodzenie i twoje "odkupowanie win" - bo oceniłam, skreśliłam, nie dałam sobie szansy go poznać. I brniecie w to dalej. Coraz częściej nie widzisz sensu w tym wszystkim, nie wiesz o co mu chodzi, ale jednak jest za późno. Przyzwyczaiłaś się, nie chcesz tak łatwo się poddawać teraz, skoro tak daleko zabrnęliście. Czujesz, że między wami coś jest mimo tego, że przeczy to całkowicie logice, faktom i twojemu samopoczuciu w jego obecności.

  I brnę w to, chociaż nie wiem czego on chce ode mnie.

  I brnę w to, chociaż nie potrafię się z nim dogadać.

  I brnę w to, chociaż nie widzę tego w przyszłości.

  I brnę w to, chociaż nie widzę sensu.

  I brnę w to, chociaż nie wiem czego chcę.

  I brnę w to, chociaż się boję...



I po co mi to wszystko w ogóle??
"

niedziela, 26 lutego 2017

Mój kącik świata

  Myślę, że najlepiej by było, gdybym rozpowszechniała opinię, że Bieszczady są wciąż zacofane, nic się tam nie dzieje, nie ma co robić, nuda, dzicz itp. (tam nawet nie ma kosmetyczek! - jak to uważali znajomi pewnej pani...). Wtedy może byłaby mniejsza szansa, że ten mój piękny krajobraz zostanie zagarnięty przez turystów i zatłoczony przez przybyszów. Jednak nie jestem w stanie tego zrobić - byłabym okropnym bluźniercą szerząc jakąkolwiek nieprawdę o miejscu będącym moją odskocznią od całego świata...
 
   Nie tak dawno spędziłam tydzień w tym uroczym miejscu, na własne życzenie odcinając się od internetu, a co za tym idzie wiadomości z messengera i powiadomień z innych social media. Było to dla mnie pewnym ukojeniem - nie zalewała mnie fala niepotrzebnych informacji, których co dzień przyswajam i tak zbyt wiele. Dodatkowo, z racji, że w moim miejscu zamieszkania powietrze do najczystszych nie należy, pooddychałam trochę pełną piersią, nie musząc "gryźć" tego, co wdychałam. Można powiedzieć, że zrobiłam detoksykację organizmu pełną parą - zarówno płuc jak i umysłu. Każde nerwy koił widok gór, spokoju, jaki panował dookoła, poczucia swobody i niezależności oraz śmiech, wywoływany przez moją najlepszą przyjaciółkę, która rzuciła wszystko i wyjechała w Bieszczady wraz ze mną.

     Nie czułam tam upływu czasu. Nasze dni były dość spontaniczne, miały w sobie trochę szaleństwa i przede wszystkim dużo wolności - nikt nas nie kontrolował, nie sprawdzał co gdzie i kiedy robimy oraz nie patrzył sceptycznie, kiedy przechadzałyśmy się po brudnych, nieciekawych uliczkach, zamiast iść na spacer w las. Podejmowałyśmy własne decyzję oraz ponosiłyśmy ich koszty - raz mogłyśmy się poczuć jak prawdziwe dorosłe!

     Nie zwiedziłyśmy wiele. Można powiedzieć, że muzeum Beksińskiego było jedynym turystycznym miejscem, które zaliczyłyśmy podczas naszej wędrówki. Na nowo zachwyciłam się tym malarzem, zwłaszcza że ostatnio zarówno o nim czytałam, jak i oglądałam "Ostatnią rodzinę", więc mogłam spojrzeć na jego twórczość innym okiem.

     Na nartach też jakoś nie pojeździłyśmy - w jeden dzień na stoku spędziłyśmy godzinę, może półtorej, a w drugi cztery (samodzielna nauka na snowboardzie potrafi dać taką frajdę, że aż sama się dziwię!).

    To co robiłyśmy cały tydzień? Ciężko powiedzieć... Cieszyłyśmy się własną obecnością? Oddychałyśmy czystym powietrzem? Woziłyśmy się "Wesołą Renią"? Obżerałyśmy się milionem jedzenia?

    A może po prostu chłonęłyśmy ten wszechobecny spokój, piękno i odpoczywałyśmy?

                                                  Cokolwiek to było - chcę więcej!

niedziela, 22 stycznia 2017

Czy pragnę za wiele?

    Czy to za dużo, że chcę żebyś był? Widział mnie w domowym nie ogarze, a mimo to nazywał swoją księżniczką. Niszczył moją fryzurę, łaskotając w odwecie za moje szczypanie. Przytulał w momentach chandry przypominając, że nie wszystko musi mi wychodzić idealnie, a dla Ciebie i tak jestem wspaniała. Kochał nawet podczas kłótni o nic. Uspokajał podczas bezsensownego denerwowania się. Upominał, gdy robię coś głupiego i upijam się by czuć lubianą, palę by uspokoić, nie śpię dręczona nerwicą natręctw, sprzątając pokój w środku nocy. Robił to tylko i wyłącznie dlatego, że Ci zależy, nie dlatego że musisz czy też wypada.

    Czy to za dużo, że chcę być dla Ciebie? Gotować Twoje ulubione danie, piec najsmaczniejsze ciasta, tylko po to, żebyś nie mógł odmówić odwiedzin. Rozpieszczać, zagłaskiwać, droczyć się, dokuczać. Obrażać się tylko po to, żeby zaraz wybuchnąć śmiechem. Dąsać, żeby wyglądać słodko. Dzwonić z głupotami tylko po to, żeby usłyszeć twój głos. Narzekać tylko dlatego, żeby narzekać. Leżeć tylko po to, żeby Cię przytulać. Rozmawiać z Tobą o rzeczach ważnych oraz błahych. Planować z Tobą przyszłość i godzić się z przeszłością. Śpiewać, może nawet komponować, tylko dla Twojej przyjemności. Nie bać się dzięki Twojej obecności. Pocieszać się samą myślą o Tobie. Być przez Ciebie zaskakiwaną. Kochać Cię do szaleństwa, tak bardzo, że aż boli.


Czy to za wiele, że chcę żebyś się pojawił?





sobota, 14 stycznia 2017

Cicha przyjaciółka.

     Pojawia się nagle, zazwyczaj wtedy, kiedy wszyscy inni zawodzą - nie mają czasu, ochoty, lub po prostu nawet o Tobie nie pomyślą. Jednak ona przychodzi. Pamięta. Trwa.

     Przysiada obok cicha, prawie niewidoczna. Nie narzuca się swoją obecnością, lecz daje poczucie, że chociaż zdaje się, że nikogo nie ma, to ona jest. Na początku po prostu czujesz, że gdzieś krąży, przyszła. Lecz kiedy zaprosisz ją do siebie, zagłębisz w jej tok rozumowania, posłuchasz jej słów, to już nie będzie odwrotu.

     Usiądziesz z nią, słuchając jej podszeptów, chociaż nie zawsze byś się z nią zgodziła. Teraz jednak słuchasz jej, niczym wyroczni, a każde z jej słów ma dla Ciebie sens - przecież to takie proste! Dajesz jej się krytykować, jednocześnie wspomagając w znajdywaniu kolejnych problemów, przeciwności czy wad innych ludzi. Przyjaciele? Przecież nie potrzebujesz innych niż ona. Towarzystwo? Ona Ci starczy za wszystkich. Opinia innych? Przecież ona jest wyrocznią, tylko jej głosu warto słuchać.

     Ale spróbuj ją wyprosić, powiedzieć, że chyba już dosyć, że może trochę przesadza. Postaraj się podważyć jej autorytet - nie możesz? Wcale mnie to nie dziwi.

    Jest jako jedyna, Twoja cicha przyjaciółka. Wysłuchuje Twoje problemy, nadaje im właściwe miejsce, powiększając jak tylko może. Podszeptuje "samą prawdę" - Twoje złe cechy, oczywiste fakty, o których normalnie zapominasz. Przecież nic nie ma sensu. Nikogo przy Tobie nie ma. Są? To gdzie ich teraz spotkasz? Jest tylko ona. I jej monolog...

     "Po co się starać? Nie zmienisz tego kim jesteś. Za gruba, za chuda, za brzydka, za ładna, bez serca, zbyt uczuciowa, za niska, za wysoka. Coś boli? To cierp. Jakiś promyczek słońca się do Ciebie zakrada? Ktoś się stara być? Zniszcz jego humor, odepchnij go, bądź opryskliwa, nieczuła, zimna, wredna... Po co Ci on, skoro masz mnie? Jestem z Tobą szczera, kto będzie bardziej? Wypomnę Ci wszystko, któż inny tak o Ciebie zadba? Zawsze jestem, gdy inni zawodzą. Pamiętaj o tym!"

     Znasz ją, chociaż może nie zawsze rozpoznajesz.

     To Twoja najwierniejsza przyjaciółka!

     Kochana chandra.




środa, 7 września 2016

Przemyślenia ze słonecznego Korfu.

     Mając ogrom czasu, podczas którego głównie się siedzi i kontempluje rzeczywistość, można zauważyć ciekawe rzeczy i dojść czasem do zaskakujących wniosków. Barman z plaży może okazać się sympatyczny, a nie tylko przerażający swoją bezpośredniością. Kelner z hotelu nagle przeistacza się w "tego jedynego", "miłość na całe życie" - niestety jednostronną i niepopartą żadną znajomością charakteru. Czas, mimo szczerych chęci, wciąż pogania, chociaż nie ma się gdzie spieszyć! Uciekanie od rzeczywistości wcale nie uwalnia od stresu. Nic nie jest takim, jakim wydawało się na początku...
     Są takie dni, kiedy człowiek zostaje zmuszony do pozostania sam ze sobą, swoimi myślami, wyrzutami, nadziejami i marzeniami - nie zawsze podoba mu się to, co widzi. Takie refleksje naszły mnie podczas kolejnego popołudnia spędzonego na basenie, na zmianę opalając się i chłodząc. Myślałam, że wyjazd będzie zbawieniem, odpoczynkiem od tych wszystkich ludzi i związanego z nimi stresu, ale myliłam się okropnie - okazało się, że, gdy tylko ich zabrakło, zaczęłam tęsknić tak mocno, że nie podejrzewałam siebie o to nawet w snach.
     Teoretycznie odpoczywałam całe dnie nie robiąc nic, poza leżeniem na słońcu, czytaniem książek lub okazjonalnym łapaniem internetu, w celu kontaktu z tymi, od których teoretycznie uciekłam. Jednak wciąż podskórnie miałam wrażenie, że zaraz muszę się poderwać, gdzieś pędzić przed siebie, coś zrobić, coś załatwić, pomóc, mimo że nic takiego nie miało nawet sensu! Byłam oddalona od wszystkich kilometrami, na wyspie, gdzie nikt nie mógł mnie dosięgnąć, a ja nic nie mogłam dla nikogo zrobić, jednak i tak wciąż pozostawał ten niepokój i stres...