Kiedy leżę w gorączce, wygrzewając się we własnym łóżku, zazwyczaj sięgam po jakąś książkę, żeby oderwać się od choroby. Tak było i tym razem, chociaż po przeczytaniu paru rozdziałów, odłożyłam ją myśląc, że jest ze mną chyba mocno źle, bo opowieść wydawała mi się jednym wielkim chaosem. Jedyne co mi ostało po tych paru pierwszych rozdziałach, to ogromna ochota na pączki, których niestety nigdzie nie można było w okolicy dostać (a ktoś prawdziwie próbował).
Wróciłam do tej książki, jak byłam zdrowa i poza ochotą na pączki znów poczułam ten chaos. To była pierwsza powieść, którą czytałam z czymś, co mogę określić "mózgopląsem". Mój umysł nie nadążał za akcją, wszystko działo się za szybko, nie byłam w stanie skupić się na żadnej pojedynczej akcji. Przez te niezbyt miłe odczucia podchodziłam do tej książki parę razy.
A cóż to za książka? "Ta książka uratuje ci życie" A. M. Homesa. Znaleziona w markecie za parę złotych, oblana po drodze sokiem i odratowana. Opowiada o czterdziestoletnim Richardzie, który po tym, jak zaczęło go boleć serce, zastanawia się nad swoim życiem i stara się je odmienić. Cała akcja dzieje się bardzo szybko i chaotycznie - imituję trochę życie, jednak takie pełne wrażeń, gdzie nie ma miejsca na odpoczynek.
Ogólnie nie zdecydowałabym się przeczytać tej książki drugi raz, bo jest zbyt chaotyczna, a uczucie "mózgopląsu" nie opuszcza mnie przez pewien czas po jej przeczytaniu. Jednakże jak ktoś lubi takie wrażenia, to niech się ochoczo zabiera do tej powieści!
"Jadą w milczeniu, słuchając brzęczącego radia i pojękują, pokonując dziury w nawierzchni. Richard wycenia każdy stukot: niektóre kosztują dwieście dolarów, inne już raczej koło dwóch tysięcy. Kierują się "dziesiątką" w stronę miasta. Żadne z mijanych aut nie wygląda tak jak wczoraj, nikt już ni jest niewinny, każdy jest podejrzany, groźny. Może Richard nie powinien był palić wczoraj trawki, a może ma już lekką paranoję". A. M. Homes "Ta książka uratuje ci życie".
"Czasami czuję, a sądzę, że i ty znasz to uczucie, że kłębi mi się w głowie za dużo myśli i wspomnień" - Albus Dumbledore (J. K. Rowling "Harry Potter i Czara Ognia")
niedziela, 20 sierpnia 2017
niedziela, 30 lipca 2017
Pogoń za ciałem
"Aż do kości" to nowy film zrealizowany przez platformę Netflix, opowiadający perypetię dwudziestoletniej anorektyczki, którą rodzina wysyła na kolejną terapię. Na początku widz dostaje ostrzeżenie, dotyczące realizmu filmu, który powstał przy pomocy ludzi, którzy przez tę chorobę przeszli. To pierwszy powód, dla którego warto go zobaczyć - autentyczność. Wyreżyserowany przez byłą anorektyczkę, obsadzony w głównej roli przez byłą anorektyczkę - osoby znające t chorobę z własnej autopsji.
Mnie osobiście pomógł on zrozumieć osoby borykające się z tą chorobą. Nigdy nie potrafiłam sobie wyobrazić ich motywacji, tego, co powstrzymuje ich przed jedzeniem, mimo głodu. Bohaterowie tego filmu rozmawiając o tym stwierdzają, że to strach - nie biorą jedzenia do ust, gdyż boją się, że potem nie będą mogli się powstrzymać przed wiecznym jedzeniem i skończą z otyłością. Zapewne nie dla wszystkich jest to powód, jednak osobiście nie miałam pojęcia, że mogą być takie motywy.
Nie jest łatwo żyć z wiecznie wygórowanymi oczekiwaniami wobec siebie. Nie jest również łatwo pogodzić się z tragicznymi skutkami własnych działań. Każda z postaci w tym filmie boryka się z własnym, zupełnie odmiennym problemem, starając się go jakoś pokonać. Dzięki temu pokazuje on nam, jak różni są ludzie i ich reakcje oraz jak bardzo jedna, z pozoru niewielka rzecz, potrafi odmienić ich życie.
Pojawiły się dyskusję, dotyczące tego czy przypadkiem film ten nie zachęca do anoreksji, nie ukazuje jej jako oczyszczającego przeżycia, czegoś wartego doświadczenia. Radze pomyśleć o tym, podczas oglądania go i wyrobić sobie własną opinie na ten temat. Bo moim zdaniem jest to możliwe i część ludzi na pewno będzie tak odczuwać. Jednak nie można generalizować, gdyż wszystko zależy od odbiorcy - jego reakcja na to, co przedstawia film, zależy w dużej mierze od jego doświadczeń życiowych, przemyśleń i momentu, w którym właśnie się znajduje w życiu. Dlatego nie należy generalizować, a poznawać siebie i w zależności od tego dopasowywać sobie filmy.
Polecam gorąco ten film, udało mu się mnie zarówno rozbawić, jak i wzruszyć, a przede wszystkim zmusić do przemyśleń.
poniedziałek, 3 lipca 2017
I jeszcze się dziwisz?
" Myślisz, że łatwo mi było "dotrzeć" do miejsca, w którym teraz się znajduję? Dojść do ładu ze sobą, ze swoimi myślami, uczuciami, emocjami? Zachowywać się w miarę normalnie, gdy ktoś sobie eksperymentował z moimi hormonami i potem, kiedy opuszczały mój organizm? Że te moje wahania nastrojów to takie dla picu? Że miałam nad tym kontrolę? Ba! że teraz mam?
Dziwisz się, że nie mówię Ci o tym, co siedzi w mojej głowie? O tym, co mnie boli, co mnie dołuje, o tych momentach, kiedy nie wiem czy chcę mieć jeszcze sama ze sobą do czynienia. Po co bym miała? Żebyś radośnie wyśmiała? Nic nie zrozumiała? Zdołowała? Bo to właśnie robisz. Za każdym razem, gdy myślę: "ah, spróbuję", Ty sprowadzasz mnie do parteru. Już nie chcę nawet próbować...
Tak, opisuję to tutaj, mimo że i tak nikt nie czyta, a nawet jeśli, to narzeka na wywnętrzania i moje niezadowolenie. Tak, wolę to robić tutaj, przelewając słowa na bloga, niż rozmawiać z Tobą. I mnie dziwi, że nie potrafisz tego zrozumieć. Że nigdy nie próbujesz.
Więc znów trochę się "pokatuję", pozamykam w sobie, popłaczę. Znów posiedzę w ciemnym pokoju patrząc w ścianę. Znów napiszę coś w pamiętniku lub wrzucę na bloga. A Ty wciąż nic nie będziesz wiedzieć. Będziesz patrzeć na maskę, którą dla Ciebie wkładam, bo każde jej ściągnięcie boli za bardzo. Będziesz patrzyła na to, co chcesz widzieć, co jest łatwiejsze, bardziej do przyjęcia. A jeśli kiedyś sobie przypomnisz, że miałaś tu wgląd, to może się zdziwisz. Może na chwilę. Potem znów wrócisz do swoich spraw, stwierdzisz, że to o niczym, a na pewno nie o Tobie, albo że za długie i nawet nie ma sensu czytać.
Pozdrawiam, przyjaciółko. Bo mimo wszystko, wciąż nią byłaś, jesteś i zapewne będziesz. "
czwartek, 22 czerwca 2017
Jestem samobójcą.
" Zamykam dokładnie drzwi do mieszkania. To samo robię z tymi od pokoju - chcę mieć pewność, że nikt mi nie przeszkodzi. We własnym, dobrze znanym łóżku, zamykam oczy, żeby ich więcej nie otworzyć. Nie towarzyszy mi żadne zawahanie, tak często o tym myślałam, że teraz jestem zdecydowana - to najlepszy wybór.
Ale co potem?
Jak to co? Nie ma człowieka, nie ma jego życia, rozdział zamknięty... A może jednak nie?
To wcale nie jest koniec opowieści. Raczej początek wielu nowych, niekoniecznie wesołych...
~ Opowieść osoby, która znajduje ciało. Po trudzie dostania się do niego, okazuje się, że jest za późno, nic się nie da zrobić. Patrzy na martwego bliskiego, w jego głowie zapisuje się ten obraz, następnie pojawia przed oczami za każdym razem, gdy je zamyka. Nie może spać w spokoju. Jest cieniem człowieka, którym był kiedyś.
~ Opowieści wszystkich ludzi z otoczenia - krewnych, przyjaciół, ludzi ze szkoły, pracy, otoczenia. Gdy wstrząsa nimi cała sytuacja, na początku nie chcąc w nią uwierzyć. Żyją potem w poczuciu winy - nic nie zauważyli, jakim cudem?! Czy mieli co zauważyć? Nawet jeśli nie, do końca życia będzie ich prześladowała myśl, że może jednak dało się coś zrobić, czego oni nie dokonali. Byli przecież cały czas tak blisko, jak mogli nie zauważyć? A może widzieli coś, jakieś myśli im kiełkowały, ale przecież kto nigdy nie miewał chandry, kto by przypuszczał... Ale mogli zareagować, zapytać, nie dać się zbyć... Ta opowieść dla niektórych się skończy, dla innych będzie trwała całe życie.
Twoje życie, nawet nieświadomie, ma wpływ na życia ludzi dookoła. Twoja śmierć nie przejdzie bez echa - nie ma możliwości, żeby tak się stało. SAMOBÓJSTWO JEST NAJGORSZĄ OPCJĄ Z MOŻLIWYCH. Ono nie jest aktem odwagi - jest aktem samolubstwa i/lub tchórzostwa. Pozbawiasz siebie życia, a innych ludzi szczęścia, zamiast stawić czoło problemom. To fakt, to Twoje życie, możesz robić sobie z nim chcesz, nie patrząc na innych. Ale Twoja śmierć nie jest czymś, co dotyczy tylko Ciebie.
Myślisz sobie, że łatwo mówić to osobom, które nie mają takich problemów jak Ty, mają silniejszą psychikę, dają sobie rade ze wszystkim, osiągają sukcesy. Tylko że Ty też tak możesz. Ograniczenia są jedynie w Twojej głowie. Myślisz, że ta radosna dziewczyna, co chwilę zbierająca w sobie odwagę by zrobić coś "szalonego", ciekawego, by sprawdzać swoje granice, nigdy nie miała takich myśli jak Ty? Może właśnie po to robi te wszystkie rzeczy - żeby na własnej skórze poczuć wartość życia i strach przed jego utratą. Żeby zmienić swoje życie w przygodę. Myślisz, że ten szczęśliwy mężczyzna, głowa rodziny, dobrze zarabiający, mający radosne dzieci, nigdy nie miał takich myśli jak Ty? Nie przyszło Ci do głowy, że zanim tak zarabiał, ledwo wiązał koniec z końcem? Że przy życiu trzymała go myśl, że nikt za niego nie wyżywi dzieci, które już spłodził? Że może one wcale nie były jego radością, a jedynie zmartwieniem, kolejnymi gębami do wyżywienia, które w dodatku nie dawały odpoczynku, po ciężkim dniu pracy? Wygrzebał się z tego, poukładał swoje życie, ruszył dalej i znalazł swoją motywację. Uważasz, że ta radosna singielka, "silna i niezależna" kobieta, radząca sobie ze wszystkim bez niczyjej pomocy, nie myślała o końcu tego wszystkiego? Ona też kiedyś kochała, została zraniona, nie umiała sobie z tym poradzić. Pomogli jej ludzie dookoła - rodzina, przyjaciele. Byli, są i będą, a ta myśl pomaga jej wstać codziennie rano i przywdziać uśmiech na twarz. Bo los może się odmienić, uśmiechnąć.
To tylko parę przykładów, tak naprawdę możesz się nie utożsamiać z żadnym z nich, żaden może Cię nie przekonać. Jednak pomyśl przez chwilę czy nie warto spróbować odzyskać sensu życia, zamiast pozbawiać się w ogóle szansy na niego?
Tego typu rozmowy przeprowadzam sama z sobą raz na jakiś czas. Kiedy jest gorzej. Kiedy coś się wali. Kiedy mała przyjaciółeczka chandra podpowiada, że tak naprawdę nikt nie zauważy, kiedy zniknę... Może jesteś w podobnej sytuacji. Może też prześladują Cię te myśli, ale na razie z nimi walczysz. A może nie masz już sił. Jeśli dotyczy to też Ciebie, to odejdź od tego ekranu, pójdź do osoby, która jest blisko, chociaż może nie zawsze ją zauważasz. Do chłopaka, dziewczyny, przyjaciółki, przyjaciela, mamy, taty, wujka, ciotki, babci, dziadka, sąsiada, rodzeństwa - kogokolwiek - i poproś o chwilę uwagi, rozmowy. Może akurat pomoże Ci spojrzeć na świat inaczej. Może da Ci motywację do dalszego życia. Może skieruje do specjalisty, przekona, że prośba o pomoc wymaga większej odwagi, niż pozbawienie siebie szansy na zmianę życia. Bo nie ma nic wstydliwego w tym, że ktoś sobie nie radzi. Tylko przede wszystkim trzeba do tego się przyznać przed samym sobą, a następnie przed drugą osobą, żeby nie wojować z problemami samotnie. "
Jeśli wciąż nie zauważasz tej osoby obok Ciebie, to zadzwoń, na któryś z telefonów zaufania. Ci ludzie są tam, żeby pomóc. Inną opcją jest zgłoszenie się do psychologa lub psychiatry (do tego pierwszego skierowanie może wypisać lekarz rodzinny, do psychiatry można iść bez żadnych skierowań) i porozmawianie z nim, ponieważ jako specjalista na pewno zrobi wszystko żeby pomóc.
Jeśli te opcje wciąż Cię przerażają, zawsze możesz napisać też do mnie. Nie gryzę, nie oceniam. Tylko proszę, nie wybieraj ostateczności, bo potem nie ma powrotu...
niedziela, 7 maja 2017
Nie da się przecież kupić miłości! A może...?
"Niemoralna propozycja".
Gwiazdorska obsada: Demi Moore, Robert Redford, Woody Harrelson.
Milion dolarów. To ogromna suma pieniędzy, a ludzie, którzy zbyt łatwo godzą się go wydać są dosyć podejrzani, czyż nie?
Co byś zrobił, gdybyś dysponował taką sumą?
A co byś zrobił, gdybyś miał możliwość dostania takiej sumy praktycznie za darmo?
Film opowiada o małżeństwie - Dianie i Davidzie Murphy - zgodnym i szczęśliwym, które popada w kłopoty finansowe, chcąc spełnić swoje marzenia. Aby spłacić długi wybierają się do Las Vegas, aby pomnożyć ostatnie oszczędności i móc dalej realizować swoje cele. Tam spotykają ekscentrycznego biznesmena, który składa im tytułową niemoralną propozycję - za milion dolarów pragnie spędzić noc z Dianą Murphy. Małżeństwo początkowo kategorycznie odmawia, jednak po całej nocy spędzonej na rozważaniach, stwierdzają, że ich miłość przetrwa tę próbę, a naprawdę potrzebują tych pieniędzy.
Zastanówmy się nad moralnym aspektem tej historii. Czy zgodziłbyś się wypożyczyć swoją żonę? Czy zgodziłabyś się spędzić noc z nieznanym mężczyzną?
Myślę, że dużą rolę odgrywa fakt, że ten "nieznajomy" jest niebotycznie bogaty, a przy tym nie jakiś stary i całkiem przystojny. Większy odsiew by był, gdyby ten mężczyzna był w podeszłym wieku i do tego obleśny. Wciąż jednak pozostaje ta strona medalu, przez którą kobieta czuje się jak zwykła prostytutka, tylko taka droższa. Bo cóż za różnica czy sprzedajesz swoje ciało z własnej woli za małą czy dużą stawkę, jeżeli tak czy siak potrzebujesz tych pieniędzy, a alternatywą jest jedynie ciężka, długotrwała i gorzej opłacalna praca? Pojawia się ona, gdy oddajesz się innym mężczyznom nie z własnej woli, aczkolwiek tutaj w rozważaniach wkraczamy na grząski grunt. Oczywiście to są aspekty dotyczące kobiet w takiej sytuacji.
A co czuję mężczyzna w tej sytuacji? Jest tak spragniony pieniędzy, że nie ma dla niego znaczenia fakt, że inny facet będzie robił z jego żoną na co tylko ma ochotę? A może nie ma dla niego znaczenia to co i z kim ona robi, byleby była jego wizytówką? Nie czuje się upokorzony, że nie jest w stanie zapewnić takiego bytu żonie, żeby nie musiała sprzedawać własnego ciała? Nie zastanawia się, co myśli żona, której w ogóle pozwala na takie zajęcie? Kobieta, którą jest w stanie się dzielić... kim jest dla niego?
Skąd w ogóle te podejrzenia, że po takiej rzeczy będą w stanie żyć normalnie, jakby nigdy nic nie miało miejsca? W człowieku zawsze pozostanie pewna drzazga, która będzie uwierać, nie ważne jak by się starał.
A co Ty, czytelniku, myślisz o całej tej sytuacji?
P.S.: Ostatecznie milioner ma wielkie serducho, a film jest jednym z piękniejszych jakie widziałam!
piątek, 14 kwietnia 2017
"Jeśli powiesz mi bym przyszedł, rzucę wszystko i przyjdę... Ale musisz mnie poprosić"
Cytat, będący tytułem tego posta, jest również tytułem przeczytanej przeze mnie ostatnio książki Alberta Espinosy. Kupiona w markecie za 10 zł, nie sprawiała wrażenia głębokiej pozycji, a jednak mile mnie zaskoczyła.
Książka jest bardzo krótka - ta jej cecha spowodowała, że zdecydowałam się z nią zapoznać w przedmaturalnym wirze. Potrzebowałam odskoczni, czegoś lekkiego i przyjemnego, a ona pasuje do tego opisu jak znalazł! Opowiada historią Daniego, którego poznajemy w ciężkim momencie - jego żona postanawia go zostawić. Jednak mimo, że znamy ten dość ważny fakt jego biografii, to bohater, chcąc nam przybliżyć powody owego rozstania, opowiada nam parę momentów ze swojego życia, które wpłynęły na to, że znajduje się w tym miejscu swojego życia.
Mimo dość banalnej fabuły i małej objętości, książka zaskakuje ilością pozytywnej energii, którą zaraża czytelnika, jak również nagromadzeniem wskazówek dotyczących życia - nie dokładnych instrukcji, tylko paru słów, zmuszających człowieka do zastanowienia się nad swoimi wartościami i tym, jak postrzega swoje własne życie.
Polecam zarówno w momentach, gdy przygniata nas poczucie bezsensu otaczającego świata, jak również kiedy po prostu chcemy rozerwać się spokojną, kojącą lekturą.
W tym miejscu chciałabym wszystkim ludziom, zagubionym w internecie czy też pojawiającym się od czasu na moim blogu, życzyć wesołych świąt! Przede wszystkim smacznego jedzenia i przyjaznej atmosfery!
środa, 12 kwietnia 2017
" Żałuję.
Tego, że się otworzyłam.
Tego, że się przywiązałam.
Tego, że kontakt się urwał.
Tak wielu rzeczy, że nawet nie ma sensu ich wyliczać. Bo co mi to da? Czy poczuję się lepiej, wyliczając wszystkie "błędy" i narzekając na to, czego nie zrobiłam? Nie sądzę...
Co by się stało, gdybym postąpiła inaczej? Gdzie bym była teraz? Skąd mogę wiedzieć, że błąd w przeszłości nie spowodował szczęścia w teraźniejszości? A jeśli tak, to gdzie jest sens żałowania go?
Chcę zacząć to na nowo. Nie, błąd! Chcę zmienić coś akurat teraz. Spróbować czegoś nowego, wyciągając wnioski z przeszłości. Przestać żałować i nie bać się nadchodzących wydarzeń. Starać się patrzeć w przyszłość pozytywnie, zamiast wymyślać czarne scenariusze. Wierzyć w swoje możliwości, nawet gdy inni podcinają skrzydła.
To będzie ciężkie - wiem już teraz. Rzadko udaje mi się wytrwać w takich postanowieniach. Ale nie chcę więcej się tak czuć, żyć w ten sposób, zakopywać się w koc, starając się "przetrwać" kolejny dzień. Niezależność, odwaga i walka o samą siebie - oto nowe motta mojego życia!
Wish me luck!
"
Subskrybuj:
Posty (Atom)

