wtorek, 24 listopada 2015

Każdy się rozwija.

Witam!
     Dzisiaj chciałabym powrócić do poruszanego już przeze mnie tematu serii pani E. L. James. 10 września była polska premiera jej nowej książki, pt. "Grey", która opowiada dokładnie tą samą historię, co "50 twarzy Grey'a", tyle że z perspektywy tytułowego Christiana Greya. Tydzień po premierze zainteresowałam się tą pozycją i muszę przyznać, że zauważyłam wyraźną poprawę krytykowanego przeze mnie stylu pisania pani James, który z części na część jest coraz bardziej poprawny.
     W tej powieści nie znajdziemy określeń typu "tam na dole", czy jakiegokolwiek skrępowania przy nazywaniu ciała. Christian nazywa rzeczy po imieniu, czasami nawet w dość wulgarny sposób. Aczkolwiek nie można powiedzieć, że nie ma czegoś, do czego się przyczepie. W tym przypadku jest to "mhrook", o których Christian wspomina co chwilę. Mówi o sobie, że jest potworem, ma mroczną duszę, umysł i serce. Nie myślcie jednak, że przyczepiam się do tego dla zasady. Nie miałabym nic przeciwko, gdyby autorka użyła tego przymiotnika raz, w odniesieniu do wszystkich tych rzeczy. Ale Christian mówi o "mroku" zdecydowanie zbyt często według mnie.
     Ta powieść podoba mi się jednak o wiele bardziej niż poprzednie części serii. Nie ukrywam, że uwielbiam Christiana, a widzenie świata jego oczami jest według mnie o wiele ciekawsze niż spojrzenie wiecznie niezdecydowanej Any. Książka pozwala poznać Christiana, jego myśli, zachowania, wpływ ukochanej. Bardzo wiele możemy się dowiedzieć o bohaterze historii dzięki jego snom, które są wspomnieniami lub krótkim retrospekcjom. Widzimy jak wyglądało jego życie przed adopcją przez Grey'ów, późniejsze lata dzieciństwa z Eliottem, potem również Mią. Możemy poznać jego relacje z Eleną i Leilą. Zdajemy sobie sprawę skąd się bierze jego "popieprzenie na pięćdziesiąt sposobów" i jakie wydarzenia miały na nie wpływ.
     Rzeczą, która trochę mi przeszkadzała, jest wykreowanie Christiana na nimfomana, który praktycznie cały czas myśli o seksie, oczyma wyobraźni widzi różne "scenariusze", które chce przerobić z Aną. Prawdę mówiąc w początkach tej historii, gdzie było najwięcej scen seksu opisanych, najbardziej mi to przeszkadzało, gdyż pokazywało to, że ich relacje opierają się wyłącznie na seksie i nawet za bardzo siebie nie znają, nie rozmawiają ze sobą. Czasem Ana zadaje jakieś pytania, aczkolwiek traktujący seks jako broń i obronę Christian zbywa je stosunkiem. A czy to w ogóle możliwe, żeby 27 - letni mężczyzna tak często się podniecał różnymi drobiazgami?
     Podsumowując mój wywód odnoście tej powieści, dochodzę do wniosku, że podoba mi się o wiele bardziej patrzenie na tą historię z perspektywy skomplikowanego Grey'a, patrząc na świat jego oczami, poznając jego myśli i przeszłość, niż skrępowanej, niezdecydowanej Anastasii. Książkę polecam gorąco, jeżeli ktoś chce poznać tę historię, to bardziej niż części z perspektywy Any.
     Na koniec chciałabym się podzielić z Wami piosenką z filmu, która bardzo mi się podoba:
                         https://www.youtube.com/watch?v=OrHds_IL6ZA

(czy tylko mnie dziwi zielone oko na okładce, skoro Christian miał szare, a Ana niebieskie?)


" Przed oczami staje mi ostatni miesiąc: jej wtargnięcie do mojego gabinetu, skrępowanie w Clayton's, jej dowcipne, złośliwe maile, jej niewyparzona buzia... jej śmiech... jej krnąbrność, jej odwaga - i uświadamiam sobie, że podobało mi się to wszystko, podobała mi się każda jedna spędzona z nią minuta. To, jak mnie złościła, rozpraszała, śmieszyła, jak była zmysłowa i cielesna - tak, podobało mi się wszystko. Odbywaliśmy razem niezwykłą podróż oboje - a ja z całą pewnością."
E. L. James "Grey"

środa, 18 listopada 2015

Nienawidzę komedii romantycznych...

Witam.
     Dzisiejszy post wbrew pozorom nie będzie wcale przeklinaniem komedii romantycznych. No dobra, może trochę. Mimo wszystko może zaskoczę was jedną rzeczą - lubię te filmy. Oglądam je namiętnie, mimo przewidywalnej fabuły i nierealnych wydarzeń. Uwielbiam patrzeć na te romantyczne sceny, przez które mój umysł oddaje się marzeniom. I dlatego właśnie komedie romantyczne są złem wcielonym!
     Po obejrzeniu takiego filmu dziewczyny wyobrażają sobie, że faceci będą romantykami - a najczęściej nie są. Czekanie na księcia z bajki to wspaniałe zajęcie, ale nie należy oddawać mu się zbyt długo. Trzeba pamiętać, że szansa na miłość jak z filmu jest minimalna.
     Około rok temu podobne rozmyślenia natchnęły mnie do napisania dwóch poniższych fragmentów. mam nadzieję, że przypadną Wam do gustu.

- Nienawidzę cię – powiedziała patrząc mu prosto w oczy.
- Dlaczego? - zapytał zdziwiony.
- Bo tak bardzo mnie do siebie przywiązałeś – łzy popłynęły jej z oczu. - Bo żyję tylko, gdy rozmawiamy; bo, gdy nie jesteś obok, czekam na wiadomość od ciebie, jak na zbawienie; bo cierpię, kiedy spotykasz się z kimś innym; bo myślę o tobie nie mogąc zasnąć; bo całe może życie kręci się wokół ciebie; bo głowę mam pełną myśli, które uznaję za bezwartościowe, gdy jesteś na tyle blisko, by je wyznać; bo nie będąc blisko ciebie czuję fizyczny ból; bo... - chłopak przytulił ją przerywając ten monolog.
- Też cię kocham – szepnął jej do ucha – i nie widzę świata poza tobą.



Romantyzm, miłość, komedie romantyczne, zakochani, para, szczęście, serce, walentynki, kwiaty, ukochany... Rzygać mi się chce, gdy na to patrzę, gdy o tym słyszę. Ludzie oglądając filmy pełne romantycznych sytuacji i czytając romanse są oszukiwani. Zwłaszcza kobiety. Wierzą, że przystojny szef zakocha się w nich, gdy tylko przyjdą do pracy, a tymczasem zwracają na nie uwagę tylko nieatrakcyjni współpracownicy. Nie, to też jest przesada, tylko w drugą stronę. Życie to nie kadr z filmu. A tak wiele dziewczyn o tym marzy...- Halo! Słuchasz mnie w ogóle?! - Agata przerwała moje myśli krzycząc, że nie zwracam na nią uwagi.- Nieprawda! - odkrzyknęłam. Nie, nie jesteśmy głuche, nie to jest powodem podniesionego głosy. Po prostu nie da się nic usłyszeć, gdy pociąg przejeżdża ci tuż nad głową. - Tylko teraz się zamyśliłam. - dodałam już normalnie, gdy znów ogarnęła nas cisza.Siedziałyśmy we wnęce znajdującej się pod mostem, na którym mieszczą się tory. Lubimy to miejsce, ponieważ jest tu cicho, nie licząc momentu, gdy przejeżdża pociąg – co zdarza się najwyżej raz dziennie.- Ostatnio często ci się to zdarza – moja towarzyszka popatrzyła na mnie przenikliwie swoimi zielonymi oczami. - Uważaj, bo niedługo i ja uwierzę, że marzysz potajemnie o Marcinie – roześmiała się, ale w jej oczach wciąż widoczne było zatroskanie.Agata Szmit jest moją najlepszą przyjaciółką od przedszkola. Zna mnie tak dobrze, że często odnoszę wrażenie, iż czyta mi w myślach. Jest bardzo piękną dziewczyną – nic dziwnego, że wszyscy faceci z naszej szkoły ją adorują. Ma długie blond włosy i duże zielone oczy. Dobrze się uczy, jest w drużynie siatkarskiej, można na nią zawsze liczyć i potrafi się zabawić. Jest chodzącym ideałem i najbardziej kochaną osobą na świecie.- No, nie przesadzaj. - starałam się na nią nie patrzeć, bo pod jej spojrzeniem czułam się tak, jakby prześwietlała mnie na wylot.Marcin Kellet, którego mi wypomniała przyjaciółka – jest nowy w naszej klasie. Ma krótkie kasztanowe włosy i oczy kolorem przypominające płynną czekoladę. W pierwszym tygodniu swojego pobytu w szkole rozkochał w sobie wszystkie dziewczyny, a w drugim został wrogiem publicznym numer jeden. Wszystko przez to, że dał kosza miss szkoły – Oli Kocjan, która w afekcie rozpuściła o nim okropne plotki. Większość jej uwierzyła i odwróciła się on nowego. Przez to, że ja się dalej z nim kumpluję, Paula, najlepsza przyjaciółka Olki, rozpowiada, że pragnę go w sobie rozkochać, co jest oczywistą bzdurą! No, dobra, może trochę mi się podoba, ale bez przesady – jesteśmy w tylko kolegami.- Wpadłaś po uszy – stwierdziła Aga po chwili.- Co? - udałam głupią.- Zabujałaś się w nim – powiedziała dziewczyna z pewnością w głosie – co widać po twoim zachowaniu, gdy się o nim wspomina.- Kumplujemy się, okej? To się raczej nie zmieni. - nie żebym nie chciała, dodałam w myślach. Jednak miałam tę pewność, bo wiedziałam, że podoba mu się inna dziewczyna.- Dobra, nie było tematu. - Aga patrzyła na mnie ze zrozumieniem. To było w niej najlepsze – nie drążyła, tylko starała się zrozumieć. - Czas się zbierać. – stwierdziła po spojrzeniu na zegarek. - Zaraz przyjedzie do mnie babcia. - powiedziała i zaczęła zbierać swoje rzeczy.Wracając do domu rozmawiałyśmy o planach na weekend. Miałyśmy zamiar jechać w góry, alby zdobyć najbliższy szczyt, a w kolejnych latach wspinać się dalej. 

wtorek, 10 listopada 2015

Bo na papierze jest mniej straszne.

Witam.
     Czasami człowieka dopada irracjonalny lęk. Boi się czegoś, co sam stworzył we własnej głowie. Dlatego właśnie, gdy ja coś takiego wymyślę, zapisuję to szybko, bo na papierze jest tylko kolejną przeczytaną historią.
     Kiedyś bardzo lubiłam czytać takie straszne historie. Wtedy właśnie trafiłam na ten blog: "Slenderman". Polecam go, mimo że jego autor stracił nim zainteresowanie już jakiś czas temu.
     Dzisiaj chciałabym się podzielić z Wami pewną historią, która nawiedziła mój umysł wieczorem, kiedy wracaliśmy do domu samochodem z rodziną. Zapisałam ją dokładnie 11 września 2012 roku.

Ciemna noc. Po pustej ulicy prowadzącej przez las jedzie samochód. Panuje w nim cisza, ponieważ piętnastoletnia dziewczyna siedząca na tylnym siedzeniu śpi. Jej rodzice spoglądają na nią raz po raz z uśmiechem.W pewnym momencie nastolatka budzi się usłyszawszy lekkie tupnięcie, jakby coś usiadło na tylnej szybie. Obraca się i widzie wielkiego czarnego potwora przyczepionego do drzwi bagażnika. Istota ta posiada szponiaste ręce i nogi oraz wielkie czerwone ślepia. Dziewczynka nie może przestać patrzeć jej prosto w oczy.Gdy po chwili matka spogląda na tyły samochodu zauważa, że jej córka zniknęła. Zaczyna panikować i razem z mężem przeszukują auto. Przez chwilę mignęło im coś czerwonego, ale zajęci szukaniem córki nie zwrócili na to uwagi.Po powrocie do samochodu, gdy zrozpaczeni postanawiają zadzwonić na policę, zauważają swoją córkę śpiącą na tylnym siedzeniu. Zastanawiając się nad tym, jak to zdarzenie jest możliwe, nie widzą, że dziewczynka otworzyła oczy i wpatruje się w nich pustym wzrokiem. Jej tęczówki są czerwone.


sobota, 7 listopada 2015

Podziemni, Przyziemni i Nefilim...

Witam.
     Dzisiaj chciałabym opisać to, jakie wrażenie wywarły na mnie opowieści opisywane przez Cassandrę Clare w serii "Dary Anioła" oraz w książce "Kroniki Bane'a".

Zacznę od 'Darów Anioła":
     Przeczytałam tę serię dwa razy - nigdy do końca. Za pierwszym razem włącznie z czwartą częścią, potem bez niej. Sięgnęłam po tę pozycję z ciekawości - najpierw widziałam fragmenty filmu, potem cały film. Mam wielką słabość do fantastycznych opowieści, więc nic dziwnego, że ta również mnie zainteresowała. Inną sprawą było to, że (UWAGA SPOJLER) chciałam się dowiedzieć, czy Clary i Jace na pewno są rodzeństwem.
     Część pierwsza była bardzo ciekawa, wciągająca. Zakończenie denerwujące, gdyż wątek miłosny w tej powieści był bardzo obiecujący. Jednak niestrudzenie brnęłam przez dwie następne części, chcąc rozwiązać swój początkowy dylemat. Czytając serię drugi raz byłam sfrustrowana ilością momentów, gdy różni bohaterowie byli na granicy wyznania prawdy tym biednym nastolatkom, którzy uważali swoją miłość za zakazaną. Za drugim razem nie zdecydowałam się na przeczytanie czwartej części, ponieważ moim zdaniem po trzeciej powinna się powieść zakończyć. W następnej części opowieść robi się jeszcze bardziej dziwna, powymyślana, wręcz absurdalna. Widać, że jest to już dorabianie części, bo skoro są popularne, to opowieść powinna trwać.
     Część czwarta nie wydała mi się godną uwagi. Jeżeli ktoś chciałby przeczytać tę serię, to proponuję zatrzymać się na trzeciej części, albo chociaż zdać sobie sprawę, że w czwartej wchodzimy w świat jeszcze większych udziwnień.
     Ogólnie pomysł pani Clare bardzo mi się podoba - stworzenie rasy Nefilim, walka z demonami, zmieszanie wszystkich magicznych światów - zawsze miałam słabość do takich rzeczy. Dodatkowo romantyczny wątek powieści był nietuzinkowy, miał swoją specyficzną aurę.
     Jeśli ktoś ma ochotę przeczytać fantastykę, przenieść się do świata magii, poznać wiele ciekawych stworów i wpaść w pułapkę więzów miłości i nienawiści, to polecam tę serię.

     Jeśli chodzi o "Kroniki Bane'a" to dostałam ten zbiór opowiadań na urodziny od przyjaciółki, która zapamiętała, że Magnus Bane był moją ulubioną postacią w serii pani Clare. Przeczytałam je z wielką przyjemnością. Przygody czarnoksiężnika przypadły mi do gustu, gdyż wyjaśniały wiele rzeczy, z przeszłości bohatera, których byłam ciekawa. Pokazywały również parę momentów dziejących się równocześnie, co fabuła "Darów Anioła". 
     Być może to tylko moja wielka sympatia do tego bohatera, ale książka naprawdę bardzo mi się podobała i potrafiła mnie rozśmieszyć. Polecam fanom Bane'a i nie tylko, gdyż jest ona lekka i przyjemna.


czwartek, 29 października 2015

Chwilowe zainteresowanie.

Witam.
     W dniu dzisiejszym chciałam Wam opisać moją chwilową fascynacje Indianami. Mimo że nie objawiała się ona czytaniem o nich, czy też oglądaniem filmów z nimi związanych, bądź robienia czegokolwiek w tym stylu, to śmiem ją tak nazywać. Dlaczego? Bo stwarzałam simów w stylu, jaki w moim mniemaniu jest indiański i pisałam takie opowiadania. Z Indianami nie mają one nic wspólnego, ale w mojej głowie tak właśnie wyobrażałam sobie postacie. Nie przedłużając, życzę miłej zabawy podczas ich czytania.

Jest pewna legenda. Nikt chyba w nią nie wierzy. No, może jacyś zabobonni szamani z plemienia mojej babci. Był kiedyś król Azjon. Władał całym krajem, którym byli moi przodkowie. Rządził mądrze i sprawiedliwie. Miał dwóch synów: Armeja i Zakara. Po śmierci ojca starszy z nich, Armej, objął tron. Wydawało się , że będzie wywyższany ponad ojca. Pewnej nocy, niespodziewanie, został zabity. Jedyna osoba, która była tego świadkiem, to jego żona Kajmira. Zobaczyła, jak brat zabija brata z uśmiechem na twarzy, mówiąc: „Teraz moja kolej”. Zakar nie zdawał sobie sprawy, że ktoś był obecny podczas tego czynu. Zachowywał się tak, jak na brata przystało – zajmował się Kajmirą i jej córką Lori oraz został królem. Kajmira bała się szwagra. Nie mówiła nic, aby chronić siebie i córkę. Wkrótce Zakar zaczął źle wykorzystywać władzę, m.in. na swoją osobistą korzyść. Nikomu się to nie podobało, ale ludzie nie mieli oficjalnego powodu, aby go skazać, było bowiem zapisane w ich prawie, że król może rządzić według własnego uznania. Tak minęło parę lat.
W kraju wybuchła epidemia, która zabiła większość ludu. Zrozpaczona Lori wyjechała na naukę do czarodzieja z sąsiedniego kraju, gdyż lokalny szaman nie potrafił nic poradzić. Uczyła się pilnie i w rok przewyższyła swojego mistrza. Gdy wróciła do domu, okazało się, że jej matka jest umierająca, a król zakazał, aby jej o tym mówić. Bał się bowiem, że rzuci wszystko i przyjedzie do rodzicielki, a reszta ludu nie będzie miała szans na uzdrowienie. Gdy Lori dotarła do matki, ta wydawała już ostatnie tchnienie. Wtedy dała córce list, w którym opowiadała, jak zginął Armej. Umarła mówiąc: „Uważaj na siebie, dziecko”.
Po pogrzebie Kajmiry, Lori uzdrowiła wszystkich, których mogła, a następnie zwołała radę starszych i pokazała im list od matki. Oni rozgniewali się i skazali Zakarę na dożywotnią pracę na rzecz ludu w więzieniu. Miał robić to, co akurat było potrzebna. Były król wpadł w gniew i nim ktokolwiek się zorientował, z pomocą swojej osobistej gwardii, uwięził członków rady. Zagroził im, że jeżeli nie pozwolą mu dalej być królem to spali cały kraj i jego mieszkańców na ich oczach. Na szczęście w tym momencie Lori, która od początku zebrania była gotowa do ataku, rzuciła zaklęcie na wuja, które uwięziło go w lustrze. Następnie uwolniła radę i nakazała budowniczym zbudować podziemną kryptę, w której umieszczone zostało zwierciadło. Gdy to zrobiono, użyła mnóstwa zaklęć, aby zabezpieczyć wnętrze komnaty i umieściła w niej lustro. Rada wybrała ją królem, lecz ona odmówiła im. Uzasadniając swoją decyzję, powiedziała: „Przez króla to się stało. Nasz lud jest teraz garstką osób. Sąsiednie państwa tylko czekają, aby zabrać nam teren. Powinniśmy ukryć nasze plemię w miejscu tej krypty, żeby ostatni król nie mógł się wydostać. Od teraz o wszystkim będzie decydowała Rada. Tak ja wam radzę. Przez nadmiar władzy stało się to, co się stało.” Następnie zbudowała sobie dom w miejscu, gdzie było wejście do krypty ze zwierciadłem. Ludzie szybko uczynili to samo. Posłuchali jej rady i zaproponowali jej, żeby jako ich szamanka zasiadła w Radzie. Żyli spokojnie nie nękani przez inne państwa, gdyż wieść o potędze młodej dziewczyny rozniosła się po całej okolicy.


-Ajmihibi, mamy problem. - powiedział Shon z powagą w oczach. Szamanka bez słowa wstała wyszła, przepuszczana w wejściu przez Indianina. Gdy podeszła do wrót wioski, jej oczom ukazał się ponury widok. Sześciu zbrojnych pchało przed sobą wyraźnie zmaltretowanego człowieka, który dotarłszy do osady stracił przytomność. Kobieta spojrzała na przybyszy, powiedziała: „Tylko potrzebujący może wejść” i skierowała swe kroki w stronę lecznicy. Wojskowi nie protestowali. Ich przełożony mówił, że mają wykonywać rozkazy tej matrony. Shon zawołał dwóch swoich przyjaciół i zabrali zmęczonego człowieka do szamanki. Jeden ze zbrojnych zaproponował swoją pomoc, ale Indianin spytał: „A kto go tak urządził?” i odszedł.
-Miałeś nie oceniać – powiedziała Ajmihibi, gdy ją dogonili – Nigdy nie wiesz, co jest prawdą. - Mężczyzna starał się nie przewrócić oczami. Nie lubił, gdy mentorka dawała mu takie rady.
Pacjent obudził się następnego ranka. Otworzył oczy słysząc, że ktoś obok niego się porusza. Zobaczył wysoką kobietę o długich białych włosach. Nie była stara, ale nie była także młoda. Nie potrafił ocenić ile ma lat. Gdy próbując się podnieść stęknął z bólu, kobieta spojrzała na niego z troską w jasnoniebieskich oczach.
-Lepiej nie wstawaj – powiedziała zaparzając nieznane mężczyźnie zioła. Miała śpiewny przyjemny dla ucha głos.
-Gdzie ludzie, którzy mnie tu przyprowadzili? - zapytał. Starał się ukryć niepokój. Nie miał pojęcia ile ta kobieta wie.
-Nie mają wstępu do wioski – odparła uspokajająco. - Wypij. To specjalna mieszanka. Po niej poczujesz się lepiej – dodała podając mu dymiący kubek z dziwną, oleistą cieczą w środku. Mężczyzna spróbował napój i ze zdziwieniem stwierdził, że nie ma on żadnego smaku.
Spojrzał na kobietę z ciekawością. Nie mógł określić czy wie, dlaczego on jest w takim stanie. Jeśliby wiedziała, to raczej nie zachowywałaby się tak spokojnie.
-Wiem dlaczego tu jesteś. - powiedziała szamanka patrząc mu w oczy. - Zabiłeś swojego dowódcę. - jej głos wydał się rannemu niezwykle spokojny, nie pasujący do wypowiadanych słów. - Nikt inny z mojej wioski nie wie, więc nie będziesz narażony na przykrości z ich strony.
-Ja... - mężczyzna czuł dziwną potrzebę usprawiedliwienia się przed tą kobietą, ale ona nie dała mu dojść do słowa – Nie oceniam. Nie znam motywu twojego działania i nie chcę go poznać. Moim zadaniem było uzdrowienie cię, więc to zrobiłam. - rzekła tonem kończącym dyskusje. Gdy oddał jej kubek, położyła na jego posłaniu złożone ubrania. - Przebież się. Za godzinę wracasz do swoich. - powiedziała po czym wyszła, aby mógł się spokojnie przygotować. Siedział przez chwilę zastanawiając się nad tym, co go czeka, po czym ubrał się i wyszedł na spotkanie z przeznaczeniem.


środa, 21 października 2015

"Brzydula!", czyli jaki komplement dla dziewczyny.

Witam.
     Czy tylko ja bardzo nie lubię oglądać filmów opartych na książkach, które przeczytałam? Kiedy skończę jakąś powieść, to staram się nie oglądać jej kinowych wersji. Dlaczego? Ponieważ zwykle rozczarowują mnie one pomijając pewne fakty, czy też zmieniając różne zdarzenia. Jest bardzo niewiele filmów, które obejrzałam przed przeczytaniem książki. Jednym z nich był "Trzy metry nad niebem", o którym będzie dzisiejszy post. Recenzje książki napisałam w kwietniu tego roku, film obejrzałam parę miesięcy wcześniej. Nie zapowiadał się dobrze, zwłaszcza, gdy pierwszą "romantyczną" sceną był okrzyk głównego bohatera, który nazywał dziewczynę brzydulą... Ale zapraszam do zapoznania się z moimi wrażeniami po przeczytaniu książki.


Najpierw obejrzałam film, dopiero potem przeczytałam książkę. Szczerze powiedziawszy pierwsza scena ekranizacji nie przypadła mi do gustu, lecz w miarę oglądania coraz bardziej przekonywałam się do tej produkcji, a po skończeniu go płakałam jak bóbr narzekając na całą fabułę, która potrafiła mnie tak roztkliwić. Od razu zapisałam książkę na mojej liście „do przeczytania”.
Pierwszy rozdział książki za mną, a ja byłam tak załamana, że poważnie myślałam, czy jest sens kontynuować. Ale przypomniałam sobie, jak było z filmem i brnęłam dalej. Muszę szczerze przyznać, że gdybym nie obejrzała wcześniej ekranizacji, to chyba bym nie dotrwała do końca powieści. Oczywiści zakończenie wywołało u mnie podobne emocje, mniejsze, ponieważ wiedziałam, co się stanie, ale wciąż były, gdyż czytałam opisy reakcji postaci na wydarzenia. Co się stało na końcu, nie powiem, żeby nie zdradzić wam wszystkiego ;-) . Plusem tej książki jest fabuła, ale tylko wtedy, jeżeli ktoś lubi historie miłosne bądź jest tak samo niepoprawnym romantykiem/ romantyczką jak ja. Tyle potrafiłam zanotować jedynie, na plus tej książce. Już po pierwszym rozdziale rzucają się w oczy takie rzeczy, jak przywiązywanie wielkiej uwagi do marek (serio, musiałam chwilę pomyśleć o czym autor pisze wymieniając, że chłopak ubrany był w levisy, adidasy i stał obok vespy ;_; ), przeskoki w rozmowach takie, że trudno się połapać, kto komu co opowiada, ogólnie panujący chaos w narracji. Przemiany psychologiczne bohaterów są dziecinne, tak samo jak język w pewnych momentach. Momentem kulminacyjnym mojego niedowierzania w styl tej książki, był fragment: „ Babi siada naprzeciwko matki. Przychodzi Daniela i zajmuje miejsce obok. Babi nalewa sobie kawy, potem mleka i wsypuje trochę słodzika. Daniela też nalewa sobie kawy, potem mleka, ale dodaje cukier trzcinowy. Każda ma swoje przyzwyczajenia, swoje miejsce, swoją filiżankę.”. W pewnym momencie nawet zastanawiałam się, czy to z moim tłumaczeniem nie jest przypadkiem coś nie tak, aczkolwiek w internecie znalazłam tylko takie...
Być może to, że ta książka nie spełniła moich oczekiwań, jest wynikiem emocji wywołanych przez film, aczkolwiek błędy językowe są namacalne. Zdziwiły mnie również opisy realiów, tego co się dzieje wśród młodzieży włoskiej, gdzie dziewczyna jest okryta hańbą, gdy chłopak zobaczy w jej ręce tampon.
Reasumując powyższe rozważania, jeżeli ktoś chce poznać historię opisaną przez Federico Moccia, lepiej niech obejrzy film.


 "Jednego jest pewny. Tamten nie może jej kochać tak jak on, nie może jej wielbić w taki sposób, nie jest w stanie dostrzec jej wdzięcznych ruchów ani tych szczególnych znaczków na jej twarzy. Jakby to tylko jemu było dane widzieć prawdziwy kolor jej oczu i poznawać smak jej pocałunków. Nikt nigdy nie potrafi zobaczyć w niej tego, co widziałem ja, myśli: Tamten najmniej. Tamten realny, surowy, niepotrzebny, materialny. Tak go postrzega, niezdolnego by ją kochać, pożądającego tylko jej ciała, niebędącego w stanie zobaczyć jej prawdziwej, zrozumieć, docenić. Tamten nie będzie się cieszył z jej uroczych kaprysów. Nie pokocha jej małej rączki jej poobgryzanych paznokci, jej stóp tłuściutkich, tego drobnego piętna ukrytego, choć nie tak bardzo. Może nawet je dostrzeże, ale na pewno nie pokocha. Na pewno nie w ten sposób."
Federico Moccia "Trzy metry nad niebem" ("Tre metri sopra el cielo")

środa, 14 października 2015

Perwersyjny seks i straszny autor.

Witam.
    Dzisiejszy post będzie dotyczył popularnej nie tak dawno serii napisanej przez panią E. L. James. Recenzję tej książki napisałam na początku tego roku:

Książka, która ostatnio wzbudza wiele kontrowersji i sprzecznych opinii czytelników. Przeczytałam całą trylogię bardzo szybko, gdyż jest napisana bardzo prostym językiem. Ale sposób w jaki ten język jest używany... Autorka nie zważa na to, gdzie znajduje się jej bohaterka – potrafi w jednym akapicie opowiadać o tym, jak to Anastasia rozmawia z sekretarką, żeby w następnym zdaniu napisać, że dziewczyna weszła do sypialni w swoim własnym mieszkaniu. Co z tego, że przed sekundą znajdowała się na drugim końcu miasta?
Jak wielu internautów wytknęło pani James, główna bohaterka co chwile powtarza te same zdania, wzdycha i się czerwieni. Podniecający a nawet "niesamowicie podniecający" Grey dotyka ją "tam na dole". Anastasia opowiada o stosunku oraz o swoich narządach, jakby była skrępowaną pięciolatką. Ogólnie styl i sposób, w jaki autorka napisała tą książkę woła o pomstę do nieba...
Jednak przeczytałam wszystkie trzy części od początku do końca. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta – postacie. To, w jaki sposób pisarka pokazała zawiłości w psychice Christiana i relację między Greyem a Anastasią, sprawiło, że chciałam się dowiedzieć więcej o ich losach i poznać ich lepiej. Moim zdaniem postacie zostały wykreowane w bardzo dobry sposób, może były monotematyczne i oboje zdawali się być nimfomanami, to w rozmowach pomiędzy nimi, w ich relacjach, zachowaniach i stosunku do siebie nawzajem, znalazłam większy sens (mam tylko nadzieję, że on naprawdę tam jest   ;-) ).


     W czerwcu za namową koleżanek obejrzałyśmy film. Ogólnie nie lubię filmów na podstawie książek, ponieważ nigdy nie pokazują tego samego, nie ujmują wszystkiego, co chciałabym. Jednak ta ekranizacja przeszła samą siebie. Trudno było odnaleźć tę fabułę (już w książce ciężką do zauważenia) jeśli nie czytało się powieści. Film praktycznie był zlepkiem sytuacji. Relacje Christiana i Any były bardzo powierzchowne, skoncentrowane na popędzie.
     Nie mogę całkowicie skrytykować filmu. Były sceny, które mi się podobały. A już na pewno nie mogę powiedzieć złego słowa o ścieżce dźwiękowej - piosenki napisane do filmu w większości przypadły mi do gustu.
     Ostatecznie ciężko mi stwierdzić, co mam sądzić o tym filmie. Kobieta znalazła temat, który zainteresował masę ludzi, więc ma własny sposób na sukces. Nie powiem, żeby jej dzieło było piękne czy chociaż dobrze napisane, aczkolwiek można odnaleźć przyjemność czytając je. Z jednej strony postacie, których kreację lubię do dziś, z drugiej bezsensowne teksty, nagłe zmiany miejsca akcji i powtarzające się sceny seksu opisywane za pomocą takich samych epitetów.
     Na koniec mała rada - jeśli udacie się do kina na to, czy też na dalsze części uważajcie: ludzie często nie mogąc się opanować, gdy na ekranie pojawiają się sceny seksu, zaczynają dość głośno chichotać, czy też szeptać teatralnie do siebie żenujące uwagi ;)