czwartek, 30 marca 2017

Te wszystkie cechy kochania

    Miłość... To uczucie jest tym, czego pragnie chyba każdy człowiek w swoim życiu, nawet jeśli nie do końca zdaje sobie z tego sprawę. Głęboko zakorzeniona potrzeba bycia kochanym oraz kochania. Posiadania kogoś, dla kogo gotowy byłby skoczyć w ogień, kogo szczęście jest jednym z jego priorytetów. Jednak dziwne to jest uczucie, a jego specyfika potrafi zadziwić wszystkich...
    Nie będzie tu mowy o romantycznym "zakochaniu" czy "zauroczeniu". Nie chcę poruszać tematu miłości zaślepionej, ani idealnej. Chciałabym pochylić się nad tym rodzajem, który dotyczy każdego z nas - nad miłością codzienną. Może to być uczucie żywione do mamy, taty, babci, cioci, rodzeństwa, wujka, kuzyna, albo nawet przyjaciółki/przyjaciela, który jest bliski jak rodzina, a może nawet bardziej...
    Dlaczego ten rodzaj? Bo on potrafi być najpiękniejszy. Przyjaciel ostatnio napisał do mnie: "Przecież nie przestajesz kochać matki tylko dlatego, że stała się alkoholiczką!". Mimo absurdu całej sytuacji, w której te słowa zostały wypowiedziane, to jednak dostrzegłam w nich prawdę. Dobrze, są ludzie, którzy nienawidzą swojej rodziny, a to uczucie jest głęboko zakorzenione i spowodowane wieloma ranami. Jednak jeśli człowiek kiedykolwiek kogoś prawdziwie kochał, to raczej to uczucie nie zniknie nigdy całkowicie, pozostanie pewien sentyment... Jednak również nie o tym chciałam tutaj pisać. Nie o stracie bliskich, ale o ich ciągłej obecności, pomimo zadawanych ran. Bo to również może boleć...
    Myślę o uczuciu do osoby, która jest częścią twojego świata, mimo że potrafi zniszczyć twój dobry nastrój w sekundę, nawet o tym nie wiedząc...

    Kiedy nawet szczęśliwa wracasz do domu, myślisz jak sprawić by ten dzień był lepszy, a tam zastajesz atmosferę zdenerwowania, a z innego pokoju co chwilę słyszysz przekleństwa - a przecież nic takiego się nie stało.

    Kiedy zrobiłaś coś głupiego, albo coś zepsułaś, może nawet sobie zaszkodziłaś, ale potrafisz sprowadzić to do porządku dziennego, aby nie dręczyć się wyrzutami sumienia, wrednymi myślami, poza tą jedną - ktoś się zdenerwuje, będzie krzyczeć, mimo że sama wiesz, że nic takiego się nie stało, że sobie poradzisz ze skutkami, konsekwencjami, nawet tymi najgorszymi. Wtedy tą najgorszą konsekwencją staje się jego gniew.

    Kiedy nie chcesz się za bardzo przejmować przyszłością, bo strach przed nią cię paraliżuje; wiesz, że tak czy siak dasz z siebie wszystko, ale zadręczanie się w tym momencie przyszłymi wydarzeniami sprawi, że koniec końców nie zrobisz nic dobrego dla siebie, a ktoś wciąż ma wobec ciebie wygórowane oczekiwania, stawia cię w dokładnie tej paraliżującej sytuacji, w której nie chcesz być. Nie daje ci działać, żyjąc w zgodzie ze samym sobą.

    Kiedy coś cię gnębi i dręczy, chcesz o tym porozmawiać, zwierzasz się, a ktoś bagatelizuje twoje sprawy cały czas skupiając się tylko na swoich. Masz nawet wrażenie, że kompletnie nie zwraca uwagi na to, co właśnie powiedziałaś. Wciąż wraca do swoich spraw, okazując brak zrozumienia.


   Wtedy zastanawiasz się co jest nie tak, dlaczego otaczasz się ludźmi, których masz dosyć, nie chcesz widzieć, bądź którzy najwyraźniej mają dosyć ciebie... Ale potem wzburzone uczucie przechodzą, patrzysz na wszystko chłodno i widzisz jednak całą prawdę. Myślisz, jak bardzo uczucia wpływają na twój stosunek do drugiej osoby...

    Bo przecież robi to dla ciebie i potrafi zawołać cię tylko po to, żebyś siedziała i rozmawiała. A gdy ty sama w złym nastroju przygotowujesz coś przychodzi, żeby poprawić ci nastrój.

    Bo mimo krzyczenia o wszystko, nawet głupoty, potrafi przyjść, przeprosić, aby innym razem, gdy będziesz leżeć w gorączce latać po całym mieście, żeby znaleźć akurat to, na co masz ochotę. Bo stara się z całych sił utemperować burzliwy charakter i zmienić reakcję. Bo kiedy psujesz sprzęt kuchenny plus prąd w całym pionie, po czym dzwonisz skruszona przyznać się do tego potrafi zareagować spokojnie, pocieszyć, pomartwić się o ciebie na pierwszym miejscu, a potem udawać przed sąsiadami, że nie ma pojęcia dlaczego taka awaria miała miejsce.

    Bo potrafi ci powiedzieć w momencie zwątpienia w siebie - hej! czym się martwisz? jesteś w tym dobra, poradzisz sobie. Bo mimo wielkich oczekiwań, ma również ogromną wiarę w twoje możliwości. Bo chce, żebyś była szczęśliwa, tylko motywacja nie wychodzi tak jak powinna. Bo wszystko co robi ma na celu zadbanie o ciebie i twoją przyszłość, żeby okazała się mniej przerażająca.

    Bo potrafi cie wspierać nawet, gdy popełnisz największą życiową głupotę. Bo sprowadza wszystkie wielkie tragedie do właściwych rozmiarów, uświadamiając ci, jak to nie warto się nimi przejmować. Bo zna cię na wylot i potrafi przewidzieć twoje reakcje. Bo może wieszać z tobą psy na głupim kolesiu, który nic nie rozumie i nie docenia. Bo będzie potrafić pomóc ci się ze wszystkim uporać.


    I możesz tego czasem nie zauważyć, ale zmieni się dla ciebie. Może wpadając od czasu do czasu nie zarejestrujesz tego, że krzyczy ciszej, wyklina mniej, naciska słabiej, słucha bardziej. Jednak kiedy się bliżej przyjrzysz, odstawisz emocje na bok, porównasz z przeszłością, to zobaczysz to wszystko. Docenisz. Zrozumiesz. A przez to pokochasz jeszcze bardziej!

sobota, 11 marca 2017

"    Spotykasz go po raz pierwszy, myślisz: "ciekawy człowiek, chociaż jest w nim coś niepokojącego...", lecz od razu odrzucasz te rozważania - nie masz z nim styczności, nie będą ci potrzebne. Potem zaczynasz go zauważać coraz częściej, to normalne, kiedy nagle jedna anonimowa osoba z tłumu staje się twarzą z imieniem i nazwiskiem. Zauważasz więcej faktów z jego życia, mimowolnie bo trudno nie, gdy chodzicie do jednej szkoły. Wciąż jednak nie przywiązujesz do tego wagi - może zaśmiejesz się pod nosem, kiedy raz cię rozpozna i się przywita, a za drugim razem udaje, że nie widzi...
    To się zaczyna nagle. Odzywa się do ciebie, tak naprawdę w błahej sprawie. "O, pretekst" myślisz, kolejny raz odrzucając złe przeczucia i natrętny głosik mówiący: "strzeż się, to pewnie jakaś gra, zakład, on jest dziwny, aura niepokojąca". Tłumisz je, zbierając o nim informacje z portali społecznościowych (to on już nie jest z tą dziewczyną?!) oraz od wspólnych znajomych (środowisko szkolne przecież nie jest ogromne...). Mimo dziwnych doniesień z tego drugiego źródła, które powinny dać ci do myślenia, brniesz w to dalej - wiadomo przecież co będą mówili znajomy jego byłej... On ma swoją wersję wydarzeń, ona swoją - to wcale nie jest tak niespotykane, a ty masz już dość oceniania ludzi przez pryzmat opinii innych.
     Brniesz w to. Przyzwyczajasz się, co za tym idzie przywiązujesz. Dzień bez rozmowy to dzień zbyt pusty, coś w nim nie pasuje. Chociaż są momenty lepsze i gorsze, czasem masz nawet go dosyć. Spotykacie się. Niby macie o czym rozmawiać, jednak nie opuszcza cię to niepokojące uczucie. Ten instynkt radzący, żeby może lepiej trzymać się z daleka. "Nie znam go przecież, dam mu szansę, dowiem się o co chodzi". Naiwnie...
     Ciągnie się to, chociaż w twoim przekonaniu nie ma podstaw. Wciąż mu zależy, mimo że różnicie się jak ogień i woda. Unikasz spotkań, bo instynkt ucieczki przeważa... Kłótnia, pogodzenie i twoje "odkupowanie win" - bo oceniłam, skreśliłam, nie dałam sobie szansy go poznać. I brniecie w to dalej. Coraz częściej nie widzisz sensu w tym wszystkim, nie wiesz o co mu chodzi, ale jednak jest za późno. Przyzwyczaiłaś się, nie chcesz tak łatwo się poddawać teraz, skoro tak daleko zabrnęliście. Czujesz, że między wami coś jest mimo tego, że przeczy to całkowicie logice, faktom i twojemu samopoczuciu w jego obecności.

  I brnę w to, chociaż nie wiem czego on chce ode mnie.

  I brnę w to, chociaż nie potrafię się z nim dogadać.

  I brnę w to, chociaż nie widzę tego w przyszłości.

  I brnę w to, chociaż nie widzę sensu.

  I brnę w to, chociaż nie wiem czego chcę.

  I brnę w to, chociaż się boję...



I po co mi to wszystko w ogóle??
"

niedziela, 26 lutego 2017

Mój kącik świata

  Myślę, że najlepiej by było, gdybym rozpowszechniała opinię, że Bieszczady są wciąż zacofane, nic się tam nie dzieje, nie ma co robić, nuda, dzicz itp. (tam nawet nie ma kosmetyczek! - jak to uważali znajomi pewnej pani...). Wtedy może byłaby mniejsza szansa, że ten mój piękny krajobraz zostanie zagarnięty przez turystów i zatłoczony przez przybyszów. Jednak nie jestem w stanie tego zrobić - byłabym okropnym bluźniercą szerząc jakąkolwiek nieprawdę o miejscu będącym moją odskocznią od całego świata...
 
   Nie tak dawno spędziłam tydzień w tym uroczym miejscu, na własne życzenie odcinając się od internetu, a co za tym idzie wiadomości z messengera i powiadomień z innych social media. Było to dla mnie pewnym ukojeniem - nie zalewała mnie fala niepotrzebnych informacji, których co dzień przyswajam i tak zbyt wiele. Dodatkowo, z racji, że w moim miejscu zamieszkania powietrze do najczystszych nie należy, pooddychałam trochę pełną piersią, nie musząc "gryźć" tego, co wdychałam. Można powiedzieć, że zrobiłam detoksykację organizmu pełną parą - zarówno płuc jak i umysłu. Każde nerwy koił widok gór, spokoju, jaki panował dookoła, poczucia swobody i niezależności oraz śmiech, wywoływany przez moją najlepszą przyjaciółkę, która rzuciła wszystko i wyjechała w Bieszczady wraz ze mną.

     Nie czułam tam upływu czasu. Nasze dni były dość spontaniczne, miały w sobie trochę szaleństwa i przede wszystkim dużo wolności - nikt nas nie kontrolował, nie sprawdzał co gdzie i kiedy robimy oraz nie patrzył sceptycznie, kiedy przechadzałyśmy się po brudnych, nieciekawych uliczkach, zamiast iść na spacer w las. Podejmowałyśmy własne decyzję oraz ponosiłyśmy ich koszty - raz mogłyśmy się poczuć jak prawdziwe dorosłe!

     Nie zwiedziłyśmy wiele. Można powiedzieć, że muzeum Beksińskiego było jedynym turystycznym miejscem, które zaliczyłyśmy podczas naszej wędrówki. Na nowo zachwyciłam się tym malarzem, zwłaszcza że ostatnio zarówno o nim czytałam, jak i oglądałam "Ostatnią rodzinę", więc mogłam spojrzeć na jego twórczość innym okiem.

     Na nartach też jakoś nie pojeździłyśmy - w jeden dzień na stoku spędziłyśmy godzinę, może półtorej, a w drugi cztery (samodzielna nauka na snowboardzie potrafi dać taką frajdę, że aż sama się dziwię!).

    To co robiłyśmy cały tydzień? Ciężko powiedzieć... Cieszyłyśmy się własną obecnością? Oddychałyśmy czystym powietrzem? Woziłyśmy się "Wesołą Renią"? Obżerałyśmy się milionem jedzenia?

    A może po prostu chłonęłyśmy ten wszechobecny spokój, piękno i odpoczywałyśmy?

                                                  Cokolwiek to było - chcę więcej!

niedziela, 22 stycznia 2017

Czy pragnę za wiele?

    Czy to za dużo, że chcę żebyś był? Widział mnie w domowym nie ogarze, a mimo to nazywał swoją księżniczką. Niszczył moją fryzurę, łaskotając w odwecie za moje szczypanie. Przytulał w momentach chandry przypominając, że nie wszystko musi mi wychodzić idealnie, a dla Ciebie i tak jestem wspaniała. Kochał nawet podczas kłótni o nic. Uspokajał podczas bezsensownego denerwowania się. Upominał, gdy robię coś głupiego i upijam się by czuć lubianą, palę by uspokoić, nie śpię dręczona nerwicą natręctw, sprzątając pokój w środku nocy. Robił to tylko i wyłącznie dlatego, że Ci zależy, nie dlatego że musisz czy też wypada.

    Czy to za dużo, że chcę być dla Ciebie? Gotować Twoje ulubione danie, piec najsmaczniejsze ciasta, tylko po to, żebyś nie mógł odmówić odwiedzin. Rozpieszczać, zagłaskiwać, droczyć się, dokuczać. Obrażać się tylko po to, żeby zaraz wybuchnąć śmiechem. Dąsać, żeby wyglądać słodko. Dzwonić z głupotami tylko po to, żeby usłyszeć twój głos. Narzekać tylko dlatego, żeby narzekać. Leżeć tylko po to, żeby Cię przytulać. Rozmawiać z Tobą o rzeczach ważnych oraz błahych. Planować z Tobą przyszłość i godzić się z przeszłością. Śpiewać, może nawet komponować, tylko dla Twojej przyjemności. Nie bać się dzięki Twojej obecności. Pocieszać się samą myślą o Tobie. Być przez Ciebie zaskakiwaną. Kochać Cię do szaleństwa, tak bardzo, że aż boli.


Czy to za wiele, że chcę żebyś się pojawił?





sobota, 14 stycznia 2017

Cicha przyjaciółka.

     Pojawia się nagle, zazwyczaj wtedy, kiedy wszyscy inni zawodzą - nie mają czasu, ochoty, lub po prostu nawet o Tobie nie pomyślą. Jednak ona przychodzi. Pamięta. Trwa.

     Przysiada obok cicha, prawie niewidoczna. Nie narzuca się swoją obecnością, lecz daje poczucie, że chociaż zdaje się, że nikogo nie ma, to ona jest. Na początku po prostu czujesz, że gdzieś krąży, przyszła. Lecz kiedy zaprosisz ją do siebie, zagłębisz w jej tok rozumowania, posłuchasz jej słów, to już nie będzie odwrotu.

     Usiądziesz z nią, słuchając jej podszeptów, chociaż nie zawsze byś się z nią zgodziła. Teraz jednak słuchasz jej, niczym wyroczni, a każde z jej słów ma dla Ciebie sens - przecież to takie proste! Dajesz jej się krytykować, jednocześnie wspomagając w znajdywaniu kolejnych problemów, przeciwności czy wad innych ludzi. Przyjaciele? Przecież nie potrzebujesz innych niż ona. Towarzystwo? Ona Ci starczy za wszystkich. Opinia innych? Przecież ona jest wyrocznią, tylko jej głosu warto słuchać.

     Ale spróbuj ją wyprosić, powiedzieć, że chyba już dosyć, że może trochę przesadza. Postaraj się podważyć jej autorytet - nie możesz? Wcale mnie to nie dziwi.

    Jest jako jedyna, Twoja cicha przyjaciółka. Wysłuchuje Twoje problemy, nadaje im właściwe miejsce, powiększając jak tylko może. Podszeptuje "samą prawdę" - Twoje złe cechy, oczywiste fakty, o których normalnie zapominasz. Przecież nic nie ma sensu. Nikogo przy Tobie nie ma. Są? To gdzie ich teraz spotkasz? Jest tylko ona. I jej monolog...

     "Po co się starać? Nie zmienisz tego kim jesteś. Za gruba, za chuda, za brzydka, za ładna, bez serca, zbyt uczuciowa, za niska, za wysoka. Coś boli? To cierp. Jakiś promyczek słońca się do Ciebie zakrada? Ktoś się stara być? Zniszcz jego humor, odepchnij go, bądź opryskliwa, nieczuła, zimna, wredna... Po co Ci on, skoro masz mnie? Jestem z Tobą szczera, kto będzie bardziej? Wypomnę Ci wszystko, któż inny tak o Ciebie zadba? Zawsze jestem, gdy inni zawodzą. Pamiętaj o tym!"

     Znasz ją, chociaż może nie zawsze rozpoznajesz.

     To Twoja najwierniejsza przyjaciółka!

     Kochana chandra.




Nowy rok = nowa ja?

       Witam wszystkim niedobitków!
  Wiem, że zawaliłam sprawę - moja ogromna wina. Jednak wszystkim ludziom, którzy czytają moje wypociny i mimo wszystko jeszcze nie uciekli stąd z wnerwem ogromnie dziękuję!
  Ten post będzie trochę inny niż poprzedni - pokażę w nim trosze więcej siebie. Dlaczego? Bo Nowy Rok = Nowa Ja! A tak serio, to po prostu jestem sfrustrowana, a nie mogę zadręczać swoim narzekaniem wciąż ludzi dookoła.
   Nowy rok się zaczął, więc odrodziła się moja pełna nadziei natura. Trochę filmów obejrzałam, ale pustka w głowie nie pozwoliła spłodzić nic nowego (niee, to wcale nie jest tak, że mam 6 roboczych postów, które wystarczyło opublikować i to napisanych od września...). Ale najbardziej męczącą rzeczą była zmora każdej zimy - grypa. I tak siedzę w domu czując się raz gorzej, raz lepiej od tygodnia w domu, leżę pod kocykiem i nie potrafię się zmusić do niczego.
  Razem z przyjaciółkami zaczynamy pracować nad wspólną stroną, która będzie odzwierciedlać nasze życie, więc możliwe, że zawieszę tego bloga - będę tutaj udostępniać tylko jakieś opowiadania ewentualnie. W każdym razie zapraszam - przez kilka dni może się nic nie dziać, ale mam nadzieję, że uda się nam rozkręcić.

Także życzę wam spóźnionego szczęśliwego nowego roku, dotrzymania postanowień noworocznych, a w prezencie dam jeszcze jeden post! I dużo zdrowia!

piątek, 18 listopada 2016

Kulinarna podróż zmieniająca życie.

     Są takie wieczory, kiedy człowiek marzy tylko o tym, żeby wyłożyć się wygodnie na kanapie, puścić dobry film i zanurzyć się bez reszty w jego świecie. Taki właśnie był ten wieczór...
     "Julie and Julia" to fantastyczna opowieść o dwóch kobietach, które dzięki swojej pasji zmieniają swoje życia. Julia Child, wspaniale zagrana przez jedną z moich ulubionych aktorek - Meryl Streep, jest żoną pracownika ambasady amerykańskiej, przez co często zmuszona jest do przeprowadzek warz z nim. Pewnego razu trafiają do Paryża, gdzie Julia zaczyna swoją przygodę z gotowaniem, które później zmienia całe jej życie.
     Julie Powell jest pracownikiem rządowym. Nie jest fanką swojej pracy, zwłaszcza, że czasem musi borykać się z niezadowolonymi i nieuprzejmymi ludźmi. Jej ratunkiem jest gotowanie - po powrocie do domu oddaje się tej czynności z lubością. Za namową męża tworzy bloga, gdzie opisuje swoją przygodę z przepisami z książki Julii Child, która całkowicie zmienia jej życie.
     Film opowiada dwie prawdziwe historie - został oparty na powieści napisanej przez Julie Powell. Myślę, że dzięki temu jest tak bliski widzowi, pokazuje to, co wiele kucharek musiało odczuć - frustrację, ponieważ danie nie wyszło tak, jak powinno, załamanie nad samą sobą oraz próby porzucenia wszystkiego i użalania się nad samą sobą. Sama pamiętam, jak po raz pierwszy robiłam przepis z zakupionej przez siebie książki kucharskiej... Popłakałam się i chciałam wszystko rzucić, nie widząc sensu w dalszej pracy, bo przecież mi nic nie wychodzi! Jednak do dalszej pracy zmusił mnie fakt, że obiecałam mamie obiad, dokładnie taki jak w książce i miałam zamiar pokazać, że dam sobie z nim radę!
     Wracając do historii - film serdecznie polecam, zwłaszcza podczas poszukiwań czegoś lekkiego i przyjemnego, odpowiedniego do odpoczynku po ciężkim dniu, Jednak ostrzegam skutkuje on chęcią spróbowania dobrego jedzenia, a nawet samodzielnego jego przygotowania!