czwartek, 18 stycznia 2018

Każdy dar można przyjąć lub odrzucić...

     "Doskonałość jest zimna i boi się zbliżenia"
           Dorota Terakowska "Poczwarka"


     Wiem, mogłam wybrać dłuższy fragment, bardziej przemawiający, gdyż cała książka taka jest. Jednak właśnie dlatego wzięłam to krótkie, tak ostatnio mi bliskie, przemyślenie Myszki, głównej bohaterki powieści Doroty Terakowskiej. Szczerze przyznaję, że wyszłam z nią z biblioteki nie wiedząc tak naprawdę o czym jest. Pamiętałam, że tytuł, a może sama autorka, obiły mi się o uszy, jednak kompletnie nie mogłam przypomnieć sobie kontekstu. Dobrze, że tak właśnie wyszło, ponieważ wiedząc o czym opowiada, nawet bym jej nie tknęła, zwłaszcza że ostatnio unikam historii ciężkich, a już w szczególności tych, mogących się przytrafić gdzieś niedaleko mnie.

     Moim zdaniem ta książka jest o pięknie, udawaniu, planowaniu, wszechobecnym dążeniu do ideałów, chowaniu się we własnych skorupach i o ciężkich uczuciach i emocjach, które targają ludźmi. Pokazuje jak piękne może być życie nawet w momencie, gdy wydaje nam się, że skazani jesteśmy na samo cierpienie. Ba! Jak samo źródło naszych nieszczęść może wywoływać równocześnie nienawiść i miłość. Patrząc dosłownie na powieść, opowiada o zmaganiach matki, która urodziła dziecko z Zespołem Downa, co całkowicie pokrzyżowało życiowe plany je rodziny. Oczekiwany idealny potomek okazał się "poczwarką", która podzieliła życie małżonków.

     Czytając powieść widzimy zmagania maki, jej nadzieje, obawy, targające nią sprzeczne uczucia, myśli ojca również nie są dla nas tajemnicą. Jednak główną rolę odgrywa Myszka, małe stworzonko, które rozumie więcej, niż się tego po niej wszyscy spodziewają, ale jednocześnie nie potrafi tego okazać. Stara się przekazać rodzicom tak wiele informacji, których nie potrafią odczytać, chociaż i tak widzą w niej o wiele więcej niż obcy. Wiedzą, że w środku jest zupełnie innym człowiekiem niż ten, którego pokazuje światu, równocześnie mając świadomość, że nie potrafi i nigdy nie nauczy się tego przekazywać otoczeniu. Mimo tej wiedzy ich również dopadają wątpliwości. Dlatego powieść opowiada o walce - zarówno rodzice, jak i córka walczą z własnymi słabościami.

     Mimo ważnego przekazu, jaki niesie ze sobą lektura "Poczwarki" nie należy zapominać, że nie wszystkie opisane w niej rzeczy można brać dosłownie. Są momenty fantastyczne, dotyczące głównie przeżyć Myszki, na które należy patrzeć pamiętając, że zawierają morały i pokazane są jako metafory. Nie da się ukryć, że nikt nie może mieć pewności co dzieje się w głowach takich dzieci, jak one odczuwają rzeczywistość, jednak to, w jaki sposób przedstawiła swoje podejrzenia Terakowska powoduje, że człowiek od razu zastanawia się czy może rzeczywiście jest w nich drugi, nieznany człowiek, chcący się wydostać "na powierzchnię". Czy ich życie wewnętrzne nie jest przypadkiem o wiele bogatsze niż nasze. Czy ich uczucia nie są bardziej szlachetne.

     Polecam nie tylko przeczytać tę książkę, ale się nad nią pochylić, zatrzymać przy niej i zastanowić. Może świat ma więcej barw niż kiedykolwiek byśmy podejrzewali? Może rzeczywiście otrzymujemy na co dzień Dary od Boga, chociaż nie postrzegamy ich jako takich?

wtorek, 9 stycznia 2018

Bo... do niego warto zaglądać

     Jest pewien blog. Może bardziej jego autor? Moim zdaniem twórczość wspaniała, inspirująca, odnoszę wrażenie, że szczera. On był moją inspiracją. Pokazał mi, że można tak pisać, o wielu różnych rzeczach. Tylko dzięki niemu spróbowałam sama, tylko dzięki niemu mam ten sposób wyrażania w jakiś sposób siebie. A teraz... Odchodzi. Bloga usunął już jakiś czas temu, teksty przechowywał na facebooku, jednak teraz również ich chce się pozbyć. Nie dziwię się jego decyzji, nie mnie oceniać, ale żal jest. Był moment, gdy codziennie sprawdzałam czy jest coś nowego. Był taki, gdy czytałam od początku wszystko. Z moim przeżywaniem każdej emocji zapisanej w tekście miałam wrażenie, że poznaje autora - nie często zdarza mi się takie uczucie, a bardzo je cenię. Wiem, że nie jest prawdziwe, a przynajmniej nie całkowicie. W końcu człowieka nie definiują teksty, które pisze. Ale niewielu autorów potrafiło dotychczas we mnie wzbudzić takie uczucie i to jest piękne!

     Moja pierwsza myśl - o nie! Druga - życzę szczęścia. Dylematem jedynie pozostaje czy to życzenie napisać? Komentarz odpada - z moimi kompleksami, strachem przed byciem ocenianą, zauważaną, już oznaczanie najlepszej przyjaciółki pod głupimi filmikami, żeby ich nie przesyłać, jest szczytem. Zostaje wiadomość prywatna, a jej się boję... 

     Autor przypominał mi momentami kogoś, kogo znam. Kto odgrywał pewną ważną rolę w moim życiu, ale z niej zrezygnował (w sumie nie dziwota). Tym ciężej wbrew pozorom napisać tę jedną wiadomość. Jedno słowo: "Powodzenia!" - czy jest ono takie straszne? Czy coś zmieni? Pewnie nie. Czy doda otuchy? Kto wie? Czy pokaże, że doceniam go jako osobę i życzę jak najlepiej? Może. Nie wiem jak to odbierze, bo mimo tego, co mi się wydaję, nie znam człowieka. Ale wiem, że ten dylemat nie powinien mieć miejsca. 

     Żeby Was dłużej, nieliczni, nie trzymać w niepewności powiem, że mówię o blogu "Sto grzechów". W tym momencie, w którym to piszę, znajdziecie autora na facebooku bądź instagramie. W momencie w którym czytacie nie jestem w stanie tego gwarantować. 

     Autorowi życzę powodzenia całym serduszkiem. Może nawet zbiorę się w sobie, żeby mu o tym napisać. Nie zmienia to faktu, że radzę czytać jego teksty, dopóki jeszcze można. Bo myślę, że można z nich wynieść coś wartościowego!

środa, 3 stycznia 2018

I co się zmienia?

     Witam w Nowym Roku 2018! W tym roku, w którym w końcu każdy weźmie się za siebie, spełni od dawna skrywane marzenia i zmieni swoje życie nareszcie na to "idealne"! Dużo łatwiej być optymistą na początku roku niż w środku, gdy plany zetrą się już z rzeczywistością i pozostanie po nich jedynie cień - a może się mylę?

     Rok 2017 był. Nie wiem, może dobry, może zły. Teraz po prostu był, przeminął. Ale tego, co się w nim wydarzyło ani nie mogłam przewidzieć na początku, ani zaplanować. Nie mogę zaprzeczyć, że w moim życiu był on rokiem wielu zmian, paru z dużym skutkiem na przyszłość. Rokiem wkroczenia w wiek, w którym przestaje się być dzieckiem, a na co dzień słyszy się zwrot "proszę pani". Co z tego, że zdarzyło się to już wcześniej, skoro dopiero teraz stało się wyraźnie odczuwalne? 

     Podstawowym, moim zdaniem, pytaniem, które powinno zostać zadane w tym roku jest: "Czego żałuję z poprzedniego?". Potem przefiltrowanie wyników przez pryzmat zmian, jakie zaszły w nas i w otoczeniu. I powtórzeniu tego procesu do momentu, gdy znikną wyniki, albo chociaż będzie ich bardzo mało i to najlepiej zostaną same takie... nieszkodliwe. Np. "ach, mogłem/am pójść do kina na ten film". Bo może się powtórzę, ale nie powinniśmy żałować niczego z przeszłości, gdyż każda najmniejsza decyzja, każde wydarzenie doprowadziło nas do miejsca, w którym jesteśmy teraz - tak, może ono być beznadziejne. Ale równocześnie im wszystkim zawdzięczamy wszystko, co jest w nim dobre. Skąd wiesz, czy poznanie tej osoby, to czy nie uchroniło Cię od czegoś? Może to, że Cię zraniła, sprawiło, że stałaś/eś się silniejszy? Bardziej odporny? Że w przyszłości nie dasz się nabrać na nic? A skąd wiesz, że ta inna opcja, której nie wybrałeś, byłaby lepsza? Nigdy nie możesz mieć pewności jak na Twoje życie wpłynie chociażby to, że zjesz rano owsiankę zamiast kanapki - może akurat uchroni Cię to przed czymś, a może spowoduje jakiś efekt w organizmie, przez który gdzieś się udasz, kogoś spotkasz. Wszystko ma jakieś znaczenie, więc niczego nie należy żałować! Jeśli już patrzysz w przeszłość, to czy nie lepiej wyciągać z niej wnioski, nie rozwodząc się nad tym co mogło pójść inaczej? Czegoś nie robiłeś, a chciałeś? Zaplanuj to na teraz. Masz przed sobą jeszcze dużo czasu, możesz to zrobić kiedykolwiek. Choćby za 5 minut. Co Cię powstrzymuje?

     Rok 2018 będzie. Nie wiem, może dobry, może zły. Wiem, że ma się wydarzyć. Ale tego co przyniesie, nie mogę przewidzieć ani dokładnie zaplanować. Jednak wciąż mam na niego większy wpływ, niż na ten, który minął. Mogę sobie założyć jakieś cele, zacząć robić już coś dziś, teraz, zaraz. Spróbować nowych rzeczy, zaplanować chociażby jedną rzecz na miesiąc. Jeden promyk radości, przychodzący ze zrobienia czegoś szalonego/niepowtarzalnego/innego. Może to banalne, ale dopiero niedawno zdałam sobie sprawę, że żeby coś móc robić, nie trzeba być w tym najlepszy, ani robić tego idealnie. Ba! Nie trzeba robić nawet tego dobrze. Każdy kiedyś zaczynał i był w czymś kiepski na początku. Może nigdy nie dojdziemy w danej rzeczy do perfekcji, ale czy to powód żeby się poddawać? Myślę, że jeżeli cokolwiek sprawia Ci radość, to trzeba to robić, bo jakoś coraz mniej jej jest dookoła.

     Co Ci szkodzi zaryzykować? Co najgorszego może się stać? A co najlepszego? To może jednak warto?

     Zostawiam tutaj wiersz, który kiedyś miałam przyjemność recytować na konkursie. Wtedy uznałam go za dość melancholijny. Teraz widzę w nim nadzieję. A Ty, Drogi Czytelniku, jaką wiadomość z niego wyczytujesz?


Edward Stachura "Co warto"

Zwalić by można się z nóg
Co rusz,
Co krok.

Co noc,
To szloch
I rozpacz.

Ale czy warto?
Może nie warto?
Chyba nie warto...
Raczej nie warto.
Nie, nie - nie warto.

Zginąć by można jak nic:
Do żył
Jest nóż.

Lub w dół
Na bruk
Z wysoka.

Ale czy warto?
Może nie warto?
Chyba nie warto...
Nie, nie - nie warto.

Jechać by można do miast
Lub w las
Na błoń.

Na koń
I goń 
Nieboskłon.

Ale czy warto?
Może nie warto?
Ech, chyba warto...
Tak, tak - warto.
Bardzo to warto.
O, tak - to warto.
Jeszcze jak warto!


sobota, 23 grudnia 2017

Powrót do makabry.

    Tytuł trochę przesadza, nie da się ukryć. Jednak z jednej strony pozwala zgadnąć do czego znów się zabrałam - do historii Hannibala Kanibala. Książki makabrą bym nie nazwała, jednak nie można zaprzeczyć, że zawarte w niej opisy bywają takie. 

     "Milczenie owiec" jest bezpośrednią kontynuacją "Czerwonego smoka" i w miarę czytania spotykamy kolejne odniesienia do poprzedniej historii, a raczej do postaci Willa Grahama. Sam Will nie występuje w powieści w ogóle, mimo że jego obecność z pewnością ubarwiłaby akcję. Zamiast niego poznajemy zupełnie nową główną bohaterkę - Clarice Starling, studentkę akademii FBI, która skończyła wcześniej psychologię. Wiedza którą zdobyła jest kluczową sprawą, gdyż dzięki niej powieść jest po części psychologiczna - bohaterka nie tylko analizuje samą siebie i ludzi w otoczeniu, ale również samego Hannibala Lectera, co pomaga nam trochę lepiej go zrozumieć, o ile to w ogóle możliwe. Potyczki słowne bohaterki ze znanym nam kanibalem stanowią wspaniałą intelektualną rozrywkę dla czytelnika i wprowadza pewien specyficzny nastrój do książki. Czytając ją człowiek może odnieść wrażenie, że sam poznaje krok po kroku aspekty sprawy, nad którą pracuje Starling, równocześnie mając pewien wgląd w myśli Hannibala (na co pozwala narracja trzecioosobowa z narratorem wszechwiedzącym), jak również w myśli poszukiwanego przez adeptkę przestępcy. Wszystkie te informacje są jednak odpowiednio wyważone, przez co autor nie opisuje dziesięć razy tego samego i z każdej perspektywy rzuca zupełnie inne światło na sprawę. Powieść potrafi bardzo dobrze zaskoczyć, co jest mocniej odczuwalne, gdyż teoretycznie czytelnik podążając za narratorem wszechwiedzącym również powinien mieć pojęcie o wszystkim.

     "Hannibal" to następna powieść z serii. Znów opowiada perypetie Clarice, jednak, co było dla mnie zaskakujące, opowiada również o Mansonie, Puzzim i innych bohaterach, których miałam okazję poznać w serialu. Czytając tę powieść nie mogłam przestać porównywać jej z serialem, wyszukiwać wszystkich zmian wprowadzonych przez twórcę i patrzeć jak ta najważniejsza (czyli obecność w tym wszystkim Willa Grahama, którego w książce nie ma wcale) wpłynęła na fabułę i zachowania postaci. 
     Trzeba przyznać, że twórcy serialu, mimo zmienienia praktycznie najważniejszego elementu, w reszcie wierni byli jak najbardziej oryginałowi. Starali się pokazać tę historię, chociaż zmieniali wiele istotnych faktów. Mimo wszystko czytając powieść byłam pewna, że wydarzenia w niej zawarte mnie jeszcze zaskoczą, chociaż oglądałam serial i pamiętałam go bardzo dokładnie.
    Dzięki narratorowi wszystkowiedzącemu poznajemy przeszłość Hannibala i dręczące go koszmary (szerzej ujawnione w kolejnej części, jak mniemam), które mogły mieć ogromny wpływ przy kształtowaniu jego charakteru. Widzimy zarówno ludzką stronę jego natury - tę wspominającą siostrę z miłością, jak i drapieżną - gdy poluje i przygotowuje się do ataku. Wchodzimy do jego głowy, widząc jak dobrym jest manipulatorem i jak wspaniale poznał swoją zwierzynę i jej zachowania - wie, w którą strunę uderzyć zarówno grając na instrumentach, jak i naturach ludzkich.
     Jeden z ostatnich rozdziałów powieści prezentuje wydarzenia przerażające, ujęte w tak swobodny sposób, że czytelnik jest oszołomiony - nie wie czy powinien się śmiać czy bać! Hannibal ujawnia swoje zamiłowanie do teatralnych gestów w dość zaskakujący sposób.
     Trzecia powieść o Hannibalu-Kanibalu kończy się słowami: "Nie wolno nam wiedzieć nic więcej, jeśli chcemy żyć.", co pokazuje również pojawiającą się tendencje do "oprowadzania" czytelnika przez narratora po miejscu akcji powieści, zakradając się i patrząc przez ramię bohaterowi. Ponad to opisane tuż przed owym zdaniem wydarzenia były dla mnie wyjątkowo zaskakujące - mimo podobnego motywu pojawiającego się w serialu, w życiu nie przypuszczałam, że ta historia może mieć takie zakończenie!

     Obie powieści z czystym sercem mogę polecić fanom powieści niesztampowych, kryminalnych z nutką psychologii w tle.

niedziela, 10 grudnia 2017

I'm a cleaner.

     "Leon Zawodowiec". Moje myśli powróciły do niego za sprawą zwykłego motywu na telefon. Zapragnęłam jeszcze raz obejrzeć film, który podobał mi się kiedyś bardzo, jednak nie do końca pamiętałam co się w nim działo. Teraz mogę ze świadomością i szczerą radością używać wyżej wspomnianego motywu!
     Film ten jest tak wyjątkowy, tak piękny, tak ciekawy, zaskakujący i nie męczący, że oglądanie go jest prawdziwą przyjemnością. Znajduje się w nim prawie wszystko, czego widz mógłby chcieć - jest miłość, przyjaźń, mocna akcja, śmieszne momenty, zwroty fabuły, dziwne zachowania, strzelania. Opowiada o Leonie, żyjącym w swojej rutynie wykwalifikowanym płatnym zabójcy oraz o Matyldzie, jego nastoletniej sąsiadce, której życia rzuca coraz to nowe kłody pod nogi. Między bohaterami tworzy się bardzo silna więź, przywiązują się do siebie, będąc dla siebie nawzajem jak rodzina. Mężczyzna uczy dziewczynkę jak przetrwać w jego świecie, natomiast ona wprowadza trochę potrzebnej rozrywki i wolności w jego uporządkowane życie. 
     Opowieść momentami bawi, momentami wzrusza, a potrafi również wywołać w widzu strach o dalsze losy bohaterów. Genialnie role Jeana Reno, Natalie Portman oraz Gary'ego Oldmana, którzy grają głównych bohaterów, dodają filmowi uroku. Z całego serca polecam ten film!

    Podobny obraz

niedziela, 19 listopada 2017

O życiu niby na poważnie...

     "Pokolenie Ikea" Piotra C. Podejrzewam, że ten tytuł nie jest Wam obcy. Sama słyszałam o nim na długo przed tym, jak w ogóle zainteresowałam się tematem. Nie ciągnęło mnie jakoś, najwyraźniej zasłyszane opinie nie były zbyt pochlebne. Mój stosunek zmienił się po tym, jak przyjaciółka wysłała mi bloga tego pana. Pisał ciekawie, o życiu, co jest u mnie na tapecie, zwłaszcza ostatnio, poza tym odwoływał się do własnego doświadczenia z ludźmi, a jego przykłady do mnie trafiały. Szybko się wkręciłam. Dlatego właśnie sięgając po książki przeżyłam ogromne rozczarowanie...

     Pierwsza książka. Najchudsza, o tytule "Pokolenie Ikea". Spodziewałam się przemyśleń o życiu, pracy w korporacji - przynajmniej na takim poziomie jak na blogu. Aczkolwiek znów spotkałam się z widocznym rozwojem autora, ponieważ pierwsza książka nie tylko mnie nie zaciekawiła, ale wręcz odrzucała. Czytałam ją z zażenowaniem, nie wynosząc niczego przyjemnego z lektury. Zdawało mi się, że przed oczami mam wiecznie słowa wulgarne, a cała książka jest o dupach, cyckach i zaliczaniu. Tak, na blogu wpisy dotyczyły głównie relacji damsko-męskich, tak, było o tym, że sprowadzają się one głównie do seksu. Jednak czytając książkę odnosiłam wrażenie, że czytam rozmowę dwóch stereotypowych tępych dresów o swoich Karynach! Męczyłam tę książkę bardziej, niż ją czytałam, a natłok obowiązków nie pomagał. Z tego też powodu z pewną niechęcią kontynuowałam lekturę i zabierałam się za część następną, jednak nie tracąc motta, że aby skrytykować autora, trzeba przeczytać kolejne powieści, bo a nuż się rozwinął.

     Na szczęście Piotr C., jak już wspominałam, jest właśnie tym typem rozwijającego się autora. "Kobiety" czytałam już z przyjemnością, zaciekawieniem i mimo że wciąż podczas lektury można było czasem zobaczyć na mojej twarzy zażenowanie bądź obrzydzenie, to występowało w zdecydowanej mniejszości. Może dlatego, że książka opowiada o mojej wspaniałej płci, o której zawiłościach i szaleństwach można gadać i gadać, a może dlatego, że autor zszedł trochę z buraczanego tonu i bardziej skupił się jednak na emocjach, relacjach i tym, co dla mnie ważniejsze w książkach, a nie walorach fizycznych. Tutaj także znalazłam cytat, który mogę uznać za na tyle wartościowy, żeby się nim podzielić:

     "- Czarny, musisz zacząć mniej pracować, idioto - powiedziała czule. - Pamiętasz jeszcze, że to cycki były najważniejsze dla ciebie, a nie praca? Pamiętasz, deklu, swoje marzenia? Że chciałeś to wszystko rzucić, kupić dom na Hawajach, pływać na desce i żyć z turystów?"
Piotr C. "Pokolenie Ikea. Kobiety.".

     Dlaczego akurat ten? Bo moim zdaniem mówi bardzo wiele nie tylko o Czarnym, ale również o większości populacji. Ludzie idą do szkoły, pracy z jakimś marzeniem. Dążą do czegoś, tylko jakoś po drodze zapominają co to było, ponieważ to te obowiązki zaczynają przesłaniać im świat, ich życie. I zanim się zorientują to życie mija ich szerokim łukiem. 

     Na końcu perełka. "Brud". Powieść z roku 2016, co mnie zdziwiło, bo powiem szczerze, że nawet nie zarejestrowałam, kiedy miała premierę. Książka najbardziej w typie bloga, który mnie tak zauroczył. Najbardziej refleksyjna, oderwana od tamtych, gdyż będąca w całości fikcją literacką, opowieścią już nie o Piotrze "Czarnym", tylko o wymyślonym Relu. Możliwe, że to ta cecha spowodowała, iż książka jest bardziej o czymś konkretnym, ze śmiałymi przemyśleniami, głębszymi niż te o zaliczeniu kogoś. Nie od dziś w końcu wiadomo, że łatwiej przekazać coś nie wprost, bardziej metaforycznie lub wręcz ustami kogoś innego. Tę pozycję mogę z czystym sumieniem polecić, przeczytałam ją praktycznie w jeden dzień, gdyż autentycznie byłam ciekawa co będzie dalej, a bohatera polubiłam, mimo niekoniecznie idealnych cech. Stąd również pragnę przytoczyć cytat, z którym zgadzam się w stu procentach i uważam, że każdy powinien sobie to przemyśleć:

     "Tłumaczę jej, choć niechętnie, że w życiu najtrudniejsze jest odkrywanie swojej tożsamości. Czy ta whisky rzeczywiście ci smakowała, czy może tak ci się wydawało, bo smakowała twoim kolegom? Czy kupiłeś ten telefon dla siebie, czy żeby pokazać, że cię stać? Czy słuchasz tej muzyki dlatego, że  ci się podoba, czy dlatego, że słuchają jej twoi znajomi, a ty boisz się przyznać, żeby cię nie wyśmiali?
      Co jest naprawdę twoje? Z takich drobnych rzeczy układa się tożsamość. Kiedy wiesz, co naprawdę lubisz, trochę bardziej wiesz, kim jesteś.".
Piotr C. "Pokolenie Ikea. Brud.".

     Tym, co najbardziej urzeka mnie w twórczości Piotra C. jest jego sposób pisania - wprost, zupełnie jakbyś był jego przyjacielem, a on opowiadał tobie te wszystkie historie przy piwku, na przykład. Po przeczytaniu jego powieści ma się wrażenie, że jest się z nim na stopie koleżeńskiej, że jakby się go spotkało w barze, to można by podejść, "zbić piąteczkę" i usiąść przy jakimś trunku, rozmawiając o życiu i słuchając jeszcze większej ilości interesujących historii niż w książkach. Nie da się ukryć, że to chyba jedyny autor jakiego powieści czytałam, który nawiązał ze mną, jako czytelnikiem, taką specjalną więź. I to się ceni.


Znalezione obrazy dla zapytania piotr c

niedziela, 12 listopada 2017

Słowa same się nie obronią!

"Czemu, twoim zdaniem, ludzie przestali czytać? Czytamy po to, by nawiązywać kontakt z innymi umysłami. Lecz po co czytać, jeśli pracowicie zajmujesz się pisaniem, relacjonujesz drobnoziarniste osady własnego życia. Z kompulsywnym uporem rejestrujesz każdy zjadany kąsek, fakt, że jest ci zimno albo, nie wiem, bolejesz po przegranym meczu piłkarskim. Niekończący się strumień informacji płynący do wszystkich i nikogo. Kto może sobie pozwolić na to, żeby przejmować się przeszłością,skoro tak trudno nadążyć za teraźniejszością? Ale potrzebujemy przeszłości. I rzeczy, które trwają dłużej niż jeden dzień...".
Alena Graedon "Giełda słów"


 „Giełda słów” autorstwa Aleny Graedon wpadła w moje ręce przypadkiem i zapłaciłam za nią jedynie 10 złotych! Z tego też powodu nie spodziewałam się po niej za wiele – ot lektura na zabicie czasu. Jednak zaskoczyła mnie całkowicie!

Pierwszą rzeczą, bardzo ważną, która jest w niej poruszona, to uzależnienie opisanego społeczeństwa od urządzeń elektrycznych zwanych „meme”, które są takimi bardziej zaawansowanymi smartphonami. Różnica polega na tym, że potrafią się łączyć z mózgiem człowieka za pomocą specjalnego urządzenia nakładanego na głowę, zwanego „koroną”, przez co podpowiada użytkownikowi to, czego on sam nawet nie zauważa - np. podczas rozmowy, wyśle wiadomość „ona chce żebyś skończył ten temat”. Tak jak i w normalnym świecie, znajdują się tam krytycy tego rozwiązania, zwracający uwagę na dobrowolne oddawanie swojej całej prywatności do tego urządzenia. Czy nie mają przypadkiem racji?

 Inną poruszaną przez tę powieść kwestią jest dbałość o język. Jedną z popularnych funkcji meme jest tzw giełda słów, czyli program podpowiadający słowo, które, jak to się potocznie mówi, użytkownik „ma na końcu języka”. Niesie ona ze sobą jednak duże zagrożenie, gdyż ludzie, znani ze swojego podejścia typu:”po co mam to wiedzieć, skoro mogę sprawdzić w internecie” kompletnie przestają zapamiętywać słowa, przez co nie potrafią prowadzić konwersacji lub zwyczajnie przeczytać artykułu bez sięgania po meme. Moim zdaniem jest to ogromne zaniedbanie, bo skoro nie używamy mózgu do zapamiętywania, to do czego jest nam on potrzebny?