piątek, 20 kwietnia 2018

Wnerwione wymagania.

"- Mamo, ale ja tym razem pierwszy.
 - Poczekaj!
 - Ale ja pierwszy, mamo.
 - Stój, ustalamy najpierw dwie zasady. Pierwsza: jeździsz narta w nartę, druga: nie wyglądasz jak pokraka. - zjeżdżają obok siebie, a wciąż słychać: Co tak jeździsz jak pokraka?! Bliżej te narty! No nie wyglądaj tak pokracznie!"

     Czy to naprawdę o to chodzi we wspólnym wyjeździe? Żeby było idealnie, na pokaz czy może żeby była zabawa? Oczywiście, wieczna jazda pługiem nie jest zalecana, aczkolwiek można uczyć dziecko inaczej niż obraźliwie na nie pokrzykując. Powyższy dialog jest autentyczny. Gdy ja sama zbierałam się parę metrów dalej, by na nowo pokracznie ześlizgnąć się z górki, jadąc drugi raz w życiu na snowboardzie, usłyszałam dokładnie to: wkurzony głos matki, która strofowała dziecko.

     Możliwe, że moje podejście do życia jest dosyć odrealnione. Nie widzę sensu w strofowaniu dziecka, uczeniu go przez krzyk, przyrównywanie do innych i obrazę. Czy idealna jazda na nartach przyda mu się w życiu? Jeżeli nie zostanie narciarzem alpejskim, to nie sądzę. A jak duże jest prawdopodobieństwo, że narty kojarzyć mu się będą z krzykiem, agresją i poniżeniem?

     Każdy rodzic chce dla swojego dziecka jak najlepiej. Równocześnie chce on by dziecko rozwijało się poprawnie, a nowych umiejętności uczyło najlepiej od instruktorów, którzy skorygują każdy, nawet najmniejszy błąd. Jeżeli jednak sami zabierają się za taką naukę, to owszem, dziecko może osiągać wysokie wyniki, ale jego relacja z rodzicem zawsze już będzie przesycona tymi wymaganiami.

    Warto sobie zadać pytanie: jak chcemy spędzić czas razem? Denerwując się i upominając nasze dziecko, które w efekcie samo zapewne też się zdenerwuje? Czy może pozwolić mu nie być chodzącym ideałem, a po prostu dobrze się bawić? I sobie i jemu można czasem odpuścić - zachęcam!

     

czwartek, 5 kwietnia 2018

Nie wszyscy muszą myśleć jak Ty!

     Ilu ludzi, tyle opinii. To jest fakt niezaprzeczalny. Każdy wyraża je w większym, lub mniejszym stopniu. Kształtują się one na podstawie tego, co wynieśliśmy z domu, własnych doświadczeń, otrzymanego wykształcenia czy środowiska w którym przebywamy. Jeżeli naprawdę są one przemyślanym własnym zdaniem, to bardzo dobrze. Gorzej, jeżeli powielamy bez zastanowienia opinie zasłyszane czy też wyczytane. Nigdy nie wiemy z jakich źródeł korzystała dana osoba. A trzeba pamiętać, że opinie są jej interpretacją danego źródła. Sama miałam sytuację, gdy znajome wypowiadały się stanowczo na temat jakiejś ustawy, posiłkując się jedynie czyimiś opiniami z internetu, nawet nie przeczytawszy treści przedmiotu sporu. Podejrzewam, że jest to częsty precedens, gdyż z natury bywamy leniwi, a samodzielne sprawdzanie źródeł zajmuje więcej czasu i pochłania więcej energii niż przeczytanie czyjejś opinii w internecie. Mylne jest to, że nawet nasze autorytety potrafią radykalnie interpretować podane fakty. Możliwe, że sami po zapoznaniu z nimi, odnieślibyśmy zupełnie odmienne wrażenie i wyciągnęli różne wnioski. 

     Nie tylko to mnie jednak martwi. Jest to zaledwie wierzchołek góry lodowej. Najsmutniejszą rzeczą, dla mnie, związaną z różnymi dyskusjami, nie zawsze jest to, że ludzie czerpią informacje z niesprawdzonych źródeł czy przyjmują opinie innych jako własne - zdarza się przecież, że sama to robię, czasem podświadomie, bądź gdy jakieś są przekazywane mi przez mojego tatę, który jest dla mnie dużym autorytetem. Jednak ciężko przeboleć mi sposób, w jaki prowadzimy najczęściej takie dyskusje. Pół biedy, gdy się z kimś zgadzamy - wtedy również jesteśmy poruszeni, zwłaszcza gdy temat jest trudny, ale jeśli podnosimy głos, to żeby się dobitnie zgodzić. Problem pojawia się, gdy dwie osoby prezentują zupełnie różne stanowiska...

     Ludzie mają różnorakie sposoby radzenia sobie z tą sytuacją. Jedni starają się uciąć dyskusję zanim rozpęta się wojna, używając stwierdzeń takich, jak: "No dobrze i tak się nie zgodzimy.", "Ty nie przekonasz mnie, ja nie przekonam Ciebie, więc po co się denerwować?" i innych tym podobnych. Inni są zbyt zaślepieni emocjami i wręcz przekrzykują siebie nawzajem, podając argumenty. Niestety, są też tacy, którzy nie potrafią oddzielić czyjegoś stanowiska od niego samego. Zaczynają obrażać człowieka za posiadanie innych poglądów. Wyzywać od "bezmózgów", "debili", "czarnogrodu" i tym podobnych. Rozmowy tych ludzi są najmniej merytoryczne i najbardziej krzywdzące - nie tylko dla ludzi, z którymi wymieniają poglądy, ale również dla nich samych. Nakręcają się, robią z tematu sprawę osobistą, przez co budują w sobie wewnętrzny gniew i niewasić do drugiego człowieka: najbardziej wyniszczające uczucia. 

     Przecież to, że ktoś ma inne poglądy polityczne, nie skreśla go jako matki, pracownika czy przyjaciółki. Nie sprawia, że dana osoba jest potworem. Może zgadza się z czymś, co dla Ciebie jest radykalne, ponieważ była w podobnej sytuacji? Przeżywała podobne emocje? A może popiera coś, jedną inicjatywę, ale Ty od razu utożsamiasz ją ze złem całej organizacji, która postuluje więcej niż ten jeden pomysł? Z innej strony po co zatruwać siebie nienawiścią do drugiej osoby? Po co się tak denerwować, "psuć sobie krwi"?

     Chciałabym przekazać tylko jedną myśl - szanujmy się nawzajem. Ludzie mogą mieć inne opinie niż my, co wcale nie umniejsza ich wartości. Nikt nie jest nieomylny, my również. Pamiętajmy o tym zawsze, gdy emocje będą chciały brać nad nami górę w konwersacji. 

wtorek, 20 marca 2018

Wciąż niewypowiedziane...

     " - Po prostu myślę, że najwyższy czas dorosnąć i przestać się w końcu oszukiwać. - nie mogłam patrzeć w te jego spokojne niebieskie oczy. Dużo bardziej bolała mnie ta cisza, niż krzyki, które jeszcze nie dawno co dzień słychać było w mieszkaniu. - Sam widzisz, że już mnie w twoim życiu praktycznie nie ma, a nie chcę żebyś na siłę starał się dotrzymać jakiejś chorej obietnicy danej sto lat temu...
       - Posłuchaj - zaczął spokojnie. Jego postawa przypominała i zbłąkanego wędrowca, chcącego uspokoić napotkanego w lesie niedźwiedzia.
       - Mam już dość słuchania... - powiedziałam cicho, czując, jak opuszcza mnie cała energia i wola walki. - Nie mogę patrzeć na twoje zmęczenie, smutek w oczach, wiedząc, że ich powody odnajdujesz zawsze na nowo, gdy odnawiamy kontakty. Nie potrafię słuchać o wszystkich dobrych rzeczach w twoim życiu, wiedząc, że jedynym mankamentem jestem ja. Nie oszukujmy się, jestem histeryczką, egocentryczką i w swoim napadzie nie liczę się z nikim i niczym. - wzięłam głęboki wdech przez frazą, po której miało nie być odwrotu - Nie jestem w stanie żyć nie będąc ci potrzebną, nie będąc w centrum twojej uwagi. Tak długo, jak będziesz okazyjnie w moim życiu, będę wymyślać nowe problemy, żeby zatrzymać cię jak najdłużej.
      Widziałam po jego minie, jak powoli trawi moje słowa. Znałam go nie od dziś, więc z łatwością potrafiłam odczytać jego myśli, przewidzieć zachowania. Czułam, że powie to, co chcę usłyszeć - zapewni mnie o ogromnej roli, jaką odgrywam w jego życiu, o tym, jaka jestem dla niego ważna... Ale tym razem już po prostu nie chciałam tego słuchać. Dawałam mu wolność, a on jak zwykle chciał się trzymać tego głupiego postanowienia powziętego przed laty... Tym razem, dla jego dobra, nawet dla dobra nas obojga, postanowiłam temu zapobiec.
      - Dlatego musisz dać mi spokój. - zobaczyłam ból w jego oczach. Powstrzymując łzy dokończyłam. - Nigdy z tego nie wyjdę, jeśli nie zostawisz mojego życia w moich rękach.
      Zostawiłam go, walczącego ze sobą, i dopiero w samochodzie pozwoliłam sobie na łzy.
 

   Spaliłam już wszystkie mosty. Czas rozpocząć nowe życie bez osób, które bym wciąż krzywdziła"



Silna/słaba kobieta.

     Jessica Jones - drugi sezon już na Netflixie! Z racji tego postanowiłam podzielić się moimi wrażeniami związanymi z obejrzeniem pierwszej serii.

     Jessica jest kobietą, której życie nie koniecznie usłane było różami. Po tragicznej śmierci rodziców trafiła pod skrzydła macochy, której całe życie prowadzone było na pokaz - czego oczekiwała również zarówno od swojej rodzonej córki, jak i pasierbicy. Jako dorosła kobieta, obdarzona nadnaturalną siłą, chciała przyczynić się do czegoś dobrego. Zamiast tego jej życie runęło jak domek z kart gdyż spotkała na swojej drodze Kilgrave'a, który całkowicie zawładnął jej umysłem. Minęło trochę czasu zanim udało jej się wyrwać spod jego wpływu, ale nigdy nie dała rady całkowicie wyrzucić go ze swojej głowy. Jak się okazuje w toku wydarzeń - ze swojego życia również.

     Cały sezon obserwujemy zmagania bohaterki zarówno z żywym Kilgravem, jak i jego śladem z przeszłości, który wciąż ją prześladuje. Jessica robi wszystko, żeby pomóc Holy - kolejnej ofierze jej dawnego kata. Doskonale zna targające nią uczucia, gdyż sama przeżyła coś podobnego z jego rąk.

     Poznając Kilgrave'a  z opowiadań Jessicy, widzimy go jako postać władczą, bez skrupułów i jakichkolwiek uczuć, pełną pychy i pogardy dla innych ludzi. Jednak gdy sam bohater pojawia się na ekranie, to do tych wszystkich cech dochodzą nowe - nieumiejętność rozróżnienia dobra i zła, podejmowania właściwych decyzji, miłość do Jessy i nienawiść do rodziców (czyli jednak jakieś uczucia). Poznajemy jego przeszłość, a przez to zaczynamy zastanawiać się czy ten bohater mógł uniknąć bycia tym, kim jest, gdyby jego losy potoczyły się inaczej.

     Równocześnie z naszym głównym złym bohaterem, poznajemy dokładniej samą Jessicę. Jej hardość i upór zdają się być jedynie mechanizmem obronnym dla uczuciowego wnętrza. Widzimy jak cała manipulacja Kilgrave'a ją zmieniła, w jaki sposób i z jakich powodów stała się tą zgorzkniałą wersją siebie, uciekającą przed sobą samą w alkohol i pracę. Widzimy także jak układają się jej relacje z innymi ludźmi, jak stara się nieporadnie o nich dbać, bądź jak próbuje ich tylko wykorzystywać. Pod jej maską zauważamy wiele uczyć i emocji, często sprzecznych, które stara się ukryć.

     W serialu przeplata się wiele problemów i ludzi, którzy sobie z nimi w jakiś sposób starają poradzić. Większą uwagę poświęca postaciom kobiecym, jednak paru mężczyzn także się tam znajdzie. Oni również mają swoje życie z problemami, tajemnice i uczucia, które chcieliby ukryć.

     Nie da się ukryć, że z niecierpliwością czekam na drugi sezon. Sam fakt, że tworzą go kobiety - zarówno showrunnerka, jak i autorki scenariuszy do każdego z odcinków wiedzą, jak wyglądają sprzeczne emocje, które potrafią targać naszą płcią. Uważam, że to jest pomocne w tworzeniu kobiecych postaci, zwłaszcza, że zmagają się one z problemami, które niekoniecznie są całkowicie oderwane od rzeczywistości - toksyczne relacje z rodziną, partnerem czy też strach o własne bezpieczeństwo związany ze słabością fizyczną może dotyczyć wielu.

     Sama jestem fanką superbohaterów i może to jest powodem, dla którego tak szybko pokochałam ten serial. A może jest nim sama Jessica, grająca twardą babkę, ale jednak nie potrafiąca zabić w sobie uczuć? Trudno powiedzieć. Tak czy siak - gorąco polecam!


poniedziałek, 12 marca 2018

Brak uczuć kluczem do "szczęścia"?

     "Dexter" - serial, który ostatnio dołączył do mojego codziennego dnia. Kolejny napisany na podstawie książki, a nawet serii, jednak tym razem przez długi czas nie zdawałam sobie z tego sprawy. Jak można przypuszczać i te powieści lądują na mojej liście "do przeczytania". I mam nadzieję, że również do opisania tutaj! Chciałabym ostrzec, że mimo szczerych chęci, mogą pojawić się tutaj SPOJLERY, także czytasz na własną odpowiedzialność!

     Może kilka słów o naszym bohaterze? Dexter Morgan, młody mężczyzna, specjalista od analizy krwi w wydziale zabójstw miejscowej policji. Przybrany syn znanego i lubianego policjanta Harry'ego Morgana, który był dla niego Mistrzem i nauczył go wszystkiego, co potrafi, jak również Kodeksu, który jest pewnym "przewodnikiem" bohatera. W jego życiu są dwie ważne kobiety - Debra Morgan, przyszywana siostra, błyskotliwa, chociaż mocno narwana policjantka i Rita: urocza blondynka z dwójką dzieci, której były mąż był uzależniony od narkotyków, co wpłynie istotnie na życie bohatera. Jednak więcej dowiedzcie się sami!

     Sezon 1: Poznajemy w nim naszego bohatera, jego codzienność, przeszłość, zwyczaje, kodeks i grę, w którą gra z tak zwanym "Zabójcą z chłodni". Gdy widz przyzwyczai się już do takiego stanu rzeczy, zaczyna wraz z tytułowym Dexterem poznawać jego przeszłość, którą jako 3 latek całkowicie wyparł z pamięci. Dowiadujemy się o powodach zachowania bohatera, o wydarzeniach, które ukształtowały jego psychikę i o rysach na idealnej historii o przyszywanym ojcu. W pewnym momencie widz wie więcej niż sam Dexter, jednak wciąż nie może sobie całkowicie złożyć tej układanki - wciąż brak mu ogólnego motywu. 
     Zakończenie sezonu jest zaskakujące, pełne dramatyzmu, ale dla mnie osobiście dość rozczarowujące. Gdyby bohater wybrał inną drogę, cały kolejny sezon mógłby toczyć się zupełnie inaczej...

     Sezon 2: Pozornie życie Dextera Morgana wróciło do normy - nikt z otoczenia nie wie o jego mrocznych sekretach, z dziewczyną układa mu się dobrze, może denerwuje go lekko mieszkanie z siostrą, ale to przecież tylko tymczasowe rozwiązanie. Jednak sielanka nie może trwać długo - nurkowie odnajdują na dnie oceanu mnóstwo worków z poćwiartowanymi zwłokami. Udaje się poskładać i zidentyfikować 13 ofiar, cały wydział zabójstw jest zaangażowany w śledztwo, a do tego po chwili na miejscu zjawia się FBI. Poddenerwowany bohater popełnia coraz więcej błędów, ukochana zaczyna tracić do niego zaufanie - całe życie zdaje się mu sypać jak domek z kart. Do tego nadgorliwy kolega z pracy nie odstępuje go na krok, czekając tylko na przejaw podejrzanego zachowania. Chwilowy spokój ducha Dexter odnajduje po spotkaniu z Lilą, która zdaje się rozumieć go jak nikt dotychczas. Nie zauważa, że postępując zgodnie z jej radami, porzucając kodeks i dotychczasowy rytm życia, wpada głęboko w sieć jej intryg. Gdy się otrząsa, musi sobie radzić nie tylko z chaosem na komisariacie, ale również w życiu prywatnym.
     Ten sezon sprowadza nas praktycznie znów do punktu wyjścia. Nasz bohater pokonuje wszelkie przeciwności losu i wraca na utarte wcześniej koleiny swojego życia. Uf, można odetchnąć z ulgą, bo już nie raz było blisko!

     Sezon 3: Życie naszego bohatera znów jest całkiem uporządkowane. Robi swoje, nie obawia się podejrzeń, a jego tajemnice bezpiecznie wędrują z prądem morskim. Jednak ten sezon przyniesie najwięcej zmian w jego życiu. Znajdzie bowiem przyjaciela od serca, z którym podzieli się swoją tajemnicą - będzie on pierwszą osobą po Harrym i Doaksie, która dokładnie będzie znała jego kodeks. Dodatkowo związek z Ritą przejdzie na wyższy level. Nic już nie będzie takie samo w życiu Dextera Morgana. Jednak widz nie będzie spokojny w tym sezonie - znów nasz bohater będzie w tarapatach, tym razem blisko śmierci. Na szczęście jak wiadomo jest osiem sezonów, także nie trzeba się o niego w ogóle martwić!

     Sezon 4: Dexter staje się bardziej ludzki z serii na serie. W tej, przez poszukiwania seryjnego mordercy, grasującego od ponad 30 lat, uczy się wiele o sobie. Zauważa jak ważna stała się jego rodzina, która miała być zaledwie przykrywką. Szereguje swoje różne oblicza: brata, myśliwego, ojca, męża, badacza krwi. Wartościuje każdą rzecz i ustanawia jej miejsce w swoim życiu. Znajduje dla siebie mentora, z początku nie zauważając rys na jego pozornie idealnej powłoce. Bohater uczy się paru rzeczy o sobie, a my o nim, jednak mimo to sezon nie przypadł mi do gustu. Mimo całej mojej sympatii do takich momentów w serialach. Ta seria okrutnie się dłużyła, działania bohatera były chaotyczne, nie wiadomo do czego prowadziły. Popełniał wiele błędów, podejmował nieracjonalne decyzje.
     Końcówka serii była najgorszą rzeczą, jaką można sobie wyobrazić. Widz, zmęczony po rozwlekających się wydarzeniach w ciągu 12 odcinków, zadowolony, że historia dobiegła końca, odprężony, gdyż napięcie związane z nieudolnością bohatera zeszło, zostaje w ostatnich scenach potraktowany bombą. Nie wie jak wyobrażać sobie dalsze sezony, a po skończeniu tego jest na tyle zmęczony tą akcją, że nie zdziwiło by mnie, gdyby w tym momencie serial tracił widzów.

     Sezon 5: Niespodziewanie do świata naszego bohatera trafia świadek jego działań. Targają nim ogromne dylematy, związane z tym, jak powinien postąpić w tej nowej sytuacji. Równocześnie Dexter zaczyna mieć bliską osobę, która zna wszystkie jego sekrety, uczestniczy w nich, ale także staje się jego słabością.  W tej serii obserwujemy jak bohater radzi sobie w nowej sytuacji, z nową osobą u boku oraz jak buduje z nią więź. Krok po kroku widzimy również poczynania ludzi, próbujących ukryć swoje występki przed wydziałem zabójstw. Mamy tutaj również wyścig, konkurencje, która ma na celu szybsze niż przeciwnik rozwiązanie zagadki i dotarcie do winnych. O ile w pierwszej części Dexter zazwyczaj jest szybszy od kolegów z policji, to z drugą zaczyna mieć większy problem, czując ich oddech na swoich barkach.

     Sezon 6:  W życie naszego bohatera wkracza religia i zaczyna zastawiać się, jaka spuścizna po nim pozostanie. Ścierają się tu zarówno fanatyczne podejścia do wiary, jak i zwykłe, codzienne. Poznanie Brata Sama pozwala Dexterowi zobaczyć przemianę innych ludzi, wpuścić, jak sam określa, trochę światła do swojego życia. Równocześnie widzimy jego rozdarcie i wewnętrzne rozterki, a także próby czynienia dobra w stosunku do innych. Chęć pokonania czyjegoś "mrocznego pasażera", daje mu nadzieję, że w jego życiu również coś może się zmienić. Seria pod koniec zaskakuje i pozostawia widza z ogromną potrzebą zobaczenia, co wydarzy się dalej.

     Sezon 7: Życie Dextera staje się jeszcze bardziej skomplikowane, gdyż jego sekret zostaje odkryty przez siostrę. Debra musi sobie poradzić z tym, że przez całe życie jej brat robił rzeczy, o których nie miała pojęcia. Musi pomóc zarówno sobie, jak i jemu, co wydaje się być okropnie trudnym zadaniem. Równocześnie nasz bohater stara się zmienić, ale także chronić przed gościem z urażoną dumą. Napięcie rośnie niemiłosiernie - nie da się spokojnie patrzeć na poczynania bohaterów. Osobiście przyznam się, że nie wytrzymałam. W połowie sezony zrezygnowałam, bo przynosił więcej zdenerwowania niż to w ogóle było warte, zwłaszcza po pojawieniu się Hanny - dziewczyny, która w wieku 15 lat uciekła z mordercą, a teraz, po latach, pomaga znaleźć ciała jego ofiar.

     Sezon 8: Jak już pisałam, nie widziałam, aczkolwiek wiem, co się działo, gdyż w mieszkaniu nie zaprzestano oglądania, a ja często nie potrafię się całkiem wyłączyć... Dexter i Debra spotykają przyjaciółkę i równocześnie terapeutkę ich ojca, z którym omawiał on swój problem z Dexterem i tworzył dla niego Kodeks. Rodzeństwo wciąż przeżywa problemy w swojej relacji, które wpływają na ich całe życie (głównie w przypadku Debry). Kobieta stara się im pomóc je rozwiązać, a oni odwdzięczają jej się tym samym przy problemie z synem.

     Serial kończy się dość zaskakująco. Można by rzec, że ma swego rodzaju dwa zakończenia. Przedostatni odcinek jest takim szczęśliwym oczekiwanym zakończeniem (poza ostatnimi scenami), za to ostatni jest tym prawdziwym zakończeniem, przypominającym, że nie wszystko w życiu układa się tak, jak byśmy chcieli. Mam wrażenie, że twórcy zostawili sobie pewnego rodzaju furtkę, gdyby chcieli jeszcze kiedyś wrócić do tego pomysłu.

     Tak szczegółowo wygląda moja opinia i zarys serialu. Sami zdecydujcie czy bardziej Was zachęca czy odstręcza!




środa, 28 lutego 2018

Podróżna melancholia

Ostatnio spłodziłyśmy coś pięknego wraz z przyjaciółką Miss E.R.Caesar.


Cylindry niby rakiety zagłady,
mijając za oknem mrocznie ubrudzonym
na zamglonych polach szukając zwady
terror sieją, będąc zadowolonym.
Bruzdy gleb czarnych majaczące wśród bieli,
śmierci anieli.

Ogołocone z liści i z igieł,
czarne bądź szare pnie pełne żałości,
gałęzie sterczące jak potworny kieł,
niezbyt przyjaźnie witają gości.
Chylące ku upadkowi konarów obręcze,
śmierci naręcze.

Nad panów grobem rozgrzmieli anieli,
świszczące iskry w błysku spokojnem,
białej chusty nieba towarzysze zmarnieli
na widok ze snu - jawy ogromnem.

I gdyby tylko promień ułudy -
jedna część wiary - liści gorzałka,
mogła odsypać z oczu ich ziarna;
I gdyby powstały wraz z niemi ludy
spod ziemi wyrasta jak wiosny mleczarka,
czyż i ludzkość byłaby tak marna? 


środa, 7 lutego 2018

I znów komedie romantyczne...

     "Narzeczony na niby" - względnie nowa polska komedia romantyczna. Nie powiem, żeby fabuła była oryginalna i zaskakująca, ale przecież większość komedii romantycznych jest budowana w tym samym klimacie: facet zdradza dziewczynę, a gdy ona odchodzi orientuje się, że bez niej życie nie istnieje, po czym robi wszystko by do niej wrócić. Ona, żeby mu dopiec umawia się z innym, z którym zapewne zaiskrzy. Potem musi być kulminacyjny moment, polegający na nieporozumieniu/kłótni, a dalej wielkie pogodzenie i happy end. Więc schematu nie oceniam.

     Szłam z nadzieją na dobry film, ponieważ zarówno Piotra Stramowskiego, jak i Julię Kamińską uwielbiam. Ten pierwszy, znany mi wcześniej jako Miami z filmu Vegi, zaskoczył mnie swoim wyglądem w tym dziele - był mniej kreowany na "maczo", wyglądał młodziej, łagodniej i przez to w moim odczuciu bardziej przystojnie. Także dla tej dwójki mogłam iść, bo nawet gdyby film mnie zawiódł, mogłam obejrzeć lubianych aktorów. Jednak, tak jak wcześniej przy "Planecie Singli", poczułam się miło zaskoczona tym, że oglądałam go z autentycznym zainteresowaniem. 

     Postacie zostały wykreowane bardzo sympatycznie, ich perypetie niebyły ciężkie, nudne ani przesłodzone, wprowadzona intryga przyciągała uwagę widza, a niektóre postacie wręcz stworzone były do uwielbiania ich za przymioty ducha. Oczywiście nie był on bez wad, jedną rzucającą się mocno w oczy było zamieszanie w przed ostatniej scenie - właściwie nie wiadomo co tam się stało: czy chłopiec wygrał konkurs, mimo że jego zasady były zupełnie inne, czy nagle przerwano emisje, czy... no nie mam pojęcia... W tym miejscu jedynie wiem, że los wszystkich bohaterów odmienił się i zaczął nagle zmierzać do lepszego. Ale... czemu? Nie za bardzo wiadomo. Chyba dlatego, że po prostu musi tak być w komediach romantycznych.

     Tak czy siak polecam obejrzeć, bo warto nie tracić nadziei, że polskie komedie mogą nas jeszcze pozytywnie zaskoczyć.