poniedziałek, 3 lipca 2017

I jeszcze się dziwisz?

     Myślisz, że łatwo mi było "dotrzeć" do miejsca, w którym teraz się znajduję? Dojść do ładu ze sobą, ze swoimi myślami, uczuciami, emocjami? Zachowywać się w miarę normalnie, gdy ktoś sobie eksperymentował z moimi hormonami i potem, kiedy opuszczały mój organizm? Że te moje wahania nastrojów to takie dla picu? Że miałam nad tym kontrolę? Ba! że teraz mam?

     Dziwisz się, że nie mówię Ci o tym, co siedzi w mojej głowie? O tym, co mnie boli, co mnie dołuje, o tych momentach, kiedy nie wiem czy chcę mieć jeszcze sama ze sobą do czynienia. Po co bym miała? Żebyś radośnie wyśmiała? Nic nie zrozumiała? Zdołowała? Bo to właśnie robisz. Za każdym razem, gdy myślę: "ah, spróbuję", Ty sprowadzasz mnie do parteru. Już nie chcę nawet próbować...

     Tak, opisuję to tutaj, mimo że i tak nikt nie czyta, a nawet jeśli, to narzeka na wywnętrzania i moje niezadowolenie. Tak, wolę to robić tutaj, przelewając słowa na bloga, niż rozmawiać z Tobą. I mnie dziwi, że nie potrafisz tego zrozumieć. Że nigdy nie próbujesz. 

     Więc znów trochę się "pokatuję", pozamykam w sobie, popłaczę. Znów posiedzę w ciemnym pokoju patrząc w ścianę. Znów napiszę coś w pamiętniku lub wrzucę na bloga. A Ty wciąż nic nie będziesz wiedzieć. Będziesz patrzeć na maskę, którą dla Ciebie wkładam, bo każde jej ściągnięcie boli za bardzo. Będziesz patrzyła na to, co chcesz widzieć, co jest łatwiejsze, bardziej do przyjęcia. A jeśli kiedyś sobie przypomnisz, że miałaś tu wgląd, to może się zdziwisz. Może na chwilę. Potem znów wrócisz do swoich spraw, stwierdzisz, że to o niczym, a na pewno nie o Tobie, albo że za długie i nawet nie ma sensu czytać. 

     Pozdrawiam, przyjaciółko. Bo mimo wszystko, wciąż nią byłaś, jesteś i zapewne będziesz.


czwartek, 22 czerwca 2017

Jestem samobójcą.

     Zamykam dokładnie drzwi do mieszkania. To samo robię z tymi od pokoju - chcę mieć pewność, że nikt mi nie przeszkodzi. We własnym, dobrze znanym łóżku, zamykam oczy, żeby ich więcej nie otworzyć. Nie towarzyszy mi żadne zawahanie, tak często o tym myślałam, że teraz jestem zdecydowana - to najlepszy wybór. 
     Ale co potem?

     Jak to co? Nie ma człowieka, nie ma jego życia, rozdział zamknięty... A może jednak nie?

     To wcale nie jest koniec opowieści. Raczej początek wielu nowych, niekoniecznie wesołych...

    ~ Opowieść osoby, która znajduje ciało. Po trudzie dostania się do niego, okazuje się, że jest za późno, nic się nie da zrobić. Patrzy na martwego bliskiego, w jego głowie zapisuje się ten obraz, następnie pojawia przed oczami za każdym razem, gdy je zamyka. Nie może spać w spokoju. Jest cieniem człowieka, którym był kiedyś. 

    ~ Opowieści wszystkich ludzi z otoczenia - krewnych, przyjaciół, ludzi ze szkoły, pracy, otoczenia. Gdy wstrząsa nimi cała sytuacja, na początku nie chcąc w nią uwierzyć. Żyją potem w poczuciu winy - nic nie zauważyli, jakim cudem?! Czy mieli co zauważyć? Nawet jeśli nie, do końca życia będzie ich prześladowała myśl, że może jednak dało się coś zrobić, czego oni nie dokonali. Byli przecież cały czas tak blisko, jak mogli nie zauważyć? A może widzieli coś, jakieś myśli im kiełkowały, ale przecież kto nigdy nie miewał chandry, kto by przypuszczał... Ale mogli zareagować, zapytać, nie dać się zbyć... Ta opowieść dla niektórych się skończy, dla innych będzie trwała całe życie.

     Twoje życie, nawet nieświadomie, ma wpływ na życia ludzi dookoła. Twoja śmierć nie przejdzie bez echa - nie ma możliwości, żeby tak się stało. SAMOBÓJSTWO JEST NAJGORSZĄ OPCJĄ Z MOŻLIWYCH. Ono nie jest aktem odwagi - jest aktem samolubstwa i/lub tchórzostwa. Pozbawiasz siebie życia, a innych ludzi szczęścia, zamiast stawić czoło problemom. To fakt, to Twoje życie, możesz robić sobie z nim chcesz, nie patrząc na innych. Ale Twoja śmierć nie jest czymś, co dotyczy tylko Ciebie. 

     Myślisz sobie, że łatwo mówić to osobom, które nie mają takich problemów jak Ty, mają silniejszą psychikę, dają sobie rade ze wszystkim, osiągają sukcesy. Tylko że Ty też tak możesz. Ograniczenia są jedynie w Twojej głowie. Myślisz, że ta radosna dziewczyna, co chwilę zbierająca w sobie odwagę by zrobić coś "szalonego", ciekawego, by sprawdzać swoje granice, nigdy nie miała takich myśli jak Ty? Może właśnie po to robi te wszystkie rzeczy - żeby na własnej skórze poczuć wartość życia i strach przed jego utratą. Żeby zmienić swoje życie w przygodę. Myślisz, że ten szczęśliwy mężczyzna, głowa rodziny, dobrze zarabiający, mający radosne dzieci, nigdy nie miał takich myśli jak Ty? Nie przyszło Ci do głowy, że zanim tak zarabiał, ledwo wiązał koniec z końcem? Że przy życiu trzymała go myśl, że nikt za niego nie wyżywi dzieci, które już spłodził? Że może one wcale nie były jego radością, a jedynie zmartwieniem, kolejnymi gębami do wyżywienia, które w dodatku nie dawały odpoczynku, po ciężkim dniu pracy? Wygrzebał się z tego, poukładał swoje życie, ruszył dalej i znalazł swoją motywację. Uważasz, że ta radosna singielka, "silna i niezależna" kobieta, radząca sobie ze wszystkim bez niczyjej pomocy, nie myślała o końcu tego wszystkiego? Ona też kiedyś kochała, została zraniona, nie umiała sobie z tym poradzić. Pomogli jej ludzie dookoła - rodzina, przyjaciele. Byli, są i będą, a ta myśl pomaga jej wstać codziennie rano i przywdziać uśmiech na twarz. Bo los może się odmienić, uśmiechnąć.

     To tylko parę przykładów, tak naprawdę możesz się nie utożsamiać z żadnym z nich, żaden może Cię nie przekonać. Jednak pomyśl przez chwilę czy nie warto spróbować odzyskać sensu życia, zamiast pozbawiać się w ogóle szansy na niego? 

     Tego typu rozmowy przeprowadzam sama z sobą raz na jakiś czas. Kiedy jest gorzej. Kiedy coś się wali. Kiedy mała przyjaciółeczka chandra podpowiada, że tak naprawdę nikt nie zauważy, kiedy zniknę... Może jesteś w podobnej sytuacji. Może też prześladują Cię te myśli, ale na razie z nimi walczysz. A może nie masz już sił. Jeśli dotyczy to też Ciebie, to odejdź od tego ekranu, pójdź do osoby, która jest blisko, chociaż może nie zawsze ją zauważasz. Do chłopaka, dziewczyny, przyjaciółki, przyjaciela, mamy, taty, wujka, ciotki, babci, dziadka, sąsiada, rodzeństwa - kogokolwiek - i poproś o chwilę uwagi, rozmowy. Może akurat pomoże Ci spojrzeć na świat inaczej. Może da Ci motywację do dalszego życia. Może skieruje do specjalisty, przekona, że prośba o pomoc wymaga większej odwagi, niż pozbawienie siebie szansy na zmianę życia. Bo nie ma nic wstydliwego w tym, że ktoś sobie nie radzi. Tylko przede wszystkim trzeba do tego się przyznać przed samym sobą, a następnie przed drugą osobą, żeby nie wojować z problemami samotnie. 

     Jeśli wciąż nie zauważasz tej osoby obok Ciebie, to zadzwoń, na któryś z telefonów zaufania. Ci ludzie są tam, żeby pomóc. Inną opcją jest zgłoszenie się do psychologa lub psychiatry (do tego pierwszego skierowanie może wypisać lekarz rodzinny, do psychiatry można iść bez żadnych skierowań) i porozmawianie z nim, ponieważ jako specjalista na pewno zrobi wszystko żeby pomóc. 
     Jeśli te opcje wciąż Cię przerażają, zawsze możesz napisać też do mnie. Nie gryzę, nie oceniam. Tylko proszę, nie wybieraj ostateczności, bo potem nie ma powrotu...


niedziela, 7 maja 2017

Nie da się przecież kupić miłości! A może...?

"Niemoralna propozycja".
  Gwiazdorska obsada: Demi Moore, Robert Redford, Woody Harrelson.
  Milion dolarów. To ogromna suma pieniędzy, a ludzie, którzy zbyt łatwo godzą się go wydać są dosyć podejrzani, czyż nie?
  Co byś zrobił, gdybyś dysponował taką sumą?
  A co byś zrobił, gdybyś miał możliwość dostania takiej sumy praktycznie za darmo?

  Film opowiada o małżeństwie - Dianie i Davidzie Murphy - zgodnym i szczęśliwym, które popada w kłopoty finansowe, chcąc spełnić swoje marzenia. Aby spłacić długi wybierają się do Las Vegas, aby pomnożyć ostatnie oszczędności i móc dalej realizować swoje cele. Tam spotykają ekscentrycznego biznesmena, który składa im tytułową niemoralną propozycję - za milion dolarów pragnie spędzić noc z Dianą Murphy. Małżeństwo początkowo kategorycznie odmawia, jednak po całej nocy spędzonej na rozważaniach, stwierdzają, że ich miłość przetrwa tę próbę, a naprawdę potrzebują tych pieniędzy.

  Zastanówmy się nad moralnym aspektem tej historii. Czy zgodziłbyś się wypożyczyć swoją żonę? Czy zgodziłabyś się spędzić noc z nieznanym mężczyzną?

  Myślę, że dużą rolę odgrywa fakt, że ten "nieznajomy" jest niebotycznie bogaty, a przy tym nie jakiś stary i całkiem przystojny. Większy odsiew by był, gdyby ten mężczyzna był w podeszłym wieku i do tego obleśny. Wciąż jednak pozostaje ta strona medalu, przez którą kobieta czuje się jak zwykła prostytutka, tylko taka droższa. Bo cóż za różnica czy sprzedajesz swoje ciało z własnej woli za małą czy dużą stawkę, jeżeli tak czy siak potrzebujesz tych pieniędzy, a alternatywą jest jedynie ciężka, długotrwała i gorzej opłacalna praca? Pojawia się ona, gdy oddajesz się innym mężczyznom nie z własnej woli, aczkolwiek tutaj w rozważaniach wkraczamy na grząski grunt. Oczywiście to są aspekty dotyczące kobiet w takiej sytuacji.

  A co czuję mężczyzna w tej sytuacji? Jest tak spragniony pieniędzy, że nie ma dla niego znaczenia fakt, że inny facet będzie robił z jego żoną na co tylko ma ochotę? A może nie ma dla niego znaczenia to co i z kim ona robi, byleby była jego wizytówką? Nie czuje się upokorzony, że nie jest w stanie zapewnić takiego bytu żonie, żeby nie musiała sprzedawać własnego ciała? Nie zastanawia się, co myśli żona, której w ogóle pozwala na takie zajęcie? Kobieta, którą jest w stanie się dzielić... kim jest dla niego?

  Skąd w ogóle te podejrzenia, że po takiej rzeczy będą w stanie żyć normalnie, jakby nigdy nic nie miało miejsca? W człowieku zawsze pozostanie pewna drzazga, która będzie uwierać, nie ważne jak by się starał.

  A co Ty, czytelniku, myślisz o całej tej sytuacji?

P.S.: Ostatecznie milioner ma wielkie serducho, a film jest jednym z piękniejszych jakie widziałam!


piątek, 14 kwietnia 2017

"Jeśli powiesz mi bym przyszedł, rzucę wszystko i przyjdę... Ale musisz mnie poprosić"

       Cytat, będący tytułem tego posta, jest również tytułem przeczytanej przeze mnie ostatnio książki Alberta Espinosy. Kupiona w markecie za 10 zł, nie sprawiała wrażenia głębokiej pozycji, a jednak mile mnie zaskoczyła.

       Książka jest bardzo krótka - ta jej cecha spowodowała, że zdecydowałam się z nią zapoznać w przedmaturalnym wirze. Potrzebowałam odskoczni, czegoś lekkiego i przyjemnego, a ona pasuje do tego opisu jak znalazł! Opowiada historią Daniego, którego poznajemy w ciężkim momencie - jego żona postanawia go zostawić. Jednak mimo, że znamy ten dość ważny fakt jego biografii, to bohater, chcąc nam przybliżyć powody owego rozstania, opowiada nam parę momentów ze swojego życia, które wpłynęły na to, że znajduje się w tym miejscu swojego życia. 

       Mimo dość banalnej fabuły i małej objętości, książka zaskakuje ilością pozytywnej energii, którą zaraża czytelnika, jak również nagromadzeniem wskazówek dotyczących życia - nie dokładnych instrukcji, tylko paru słów, zmuszających człowieka do zastanowienia się nad swoimi wartościami i tym, jak postrzega swoje własne życie.

       Polecam zarówno w momentach, gdy przygniata nas poczucie bezsensu otaczającego świata, jak również kiedy po prostu chcemy rozerwać się spokojną, kojącą lekturą.

       W tym miejscu chciałabym wszystkim ludziom, zagubionym w internecie czy też pojawiającym się od czasu na moim blogu, życzyć wesołych świąt! Przede wszystkim smacznego jedzenia i przyjaznej atmosfery! 

środa, 12 kwietnia 2017

    Żałuję.

    Tego, że się otworzyłam.

    Tego, że się przywiązałam.

    Tego, że kontakt się urwał.

    Tak wielu rzeczy, że nawet nie ma sensu ich wyliczać. Bo co mi to da? Czy poczuję się lepiej, wyliczając wszystkie "błędy" i narzekając na to, czego nie zrobiłam? Nie sądzę...

    Co by się stało, gdybym postąpiła inaczej? Gdzie bym była teraz? Skąd mogę wiedzieć, że błąd w przeszłości nie spowodował szczęścia w teraźniejszości? A jeśli tak, to gdzie jest sens żałowania go?

    Chcę zacząć to na nowo. Nie, błąd! Chcę zmienić coś akurat teraz. Spróbować czegoś nowego, wyciągając wnioski z przeszłości. Przestać żałować i nie bać się nadchodzących wydarzeń. Starać się patrzeć w przyszłość pozytywnie, zamiast wymyślać czarne scenariusze. Wierzyć w swoje możliwości, nawet gdy inni podcinają skrzydła. 

    To będzie ciężkie - wiem już teraz. Rzadko udaje mi się wytrwać w takich postanowieniach. Ale nie chcę więcej się tak czuć, żyć w ten sposób, zakopywać się w koc, starając się "przetrwać" kolejny dzień. Niezależność, odwaga i walka o samą siebie - oto nowe motta mojego życia! 

    Wish me luck!

czwartek, 30 marca 2017

Te wszystkie cechy kochania

    Miłość... To uczucie jest tym, czego pragnie chyba każdy człowiek w swoim życiu, nawet jeśli nie do końca zdaje sobie z tego sprawę. Głęboko zakorzeniona potrzeba bycia kochanym oraz kochania. Posiadania kogoś, dla kogo gotowy byłby skoczyć w ogień, kogo szczęście jest jednym z jego priorytetów. Jednak dziwne to jest uczucie, a jego specyfika potrafi zadziwić wszystkich...
    Nie będzie tu mowy o romantycznym "zakochaniu" czy "zauroczeniu". Nie chcę poruszać tematu miłości zaślepionej, ani idealnej. Chciałabym pochylić się nad tym rodzajem, który dotyczy każdego z nas - nad miłością codzienną. Może to być uczucie żywione do mamy, taty, babci, cioci, rodzeństwa, wujka, kuzyna, albo nawet przyjaciółki/przyjaciela, który jest bliski jak rodzina, a może nawet bardziej...
    Dlaczego ten rodzaj? Bo on potrafi być najpiękniejszy. Przyjaciel ostatnio napisał do mnie: "Przecież nie przestajesz kochać matki tylko dlatego, że stała się alkoholiczką!". Mimo absurdu całej sytuacji, w której te słowa zostały wypowiedziane, to jednak dostrzegłam w nich prawdę. Dobrze, są ludzie, którzy nienawidzą swojej rodziny, a to uczucie jest głęboko zakorzenione i spowodowane wieloma ranami. Jednak jeśli człowiek kiedykolwiek kogoś prawdziwie kochał, to raczej to uczucie nie zniknie nigdy całkowicie, pozostanie pewien sentyment... Jednak również nie o tym chciałam tutaj pisać. Nie o stracie bliskich, ale o ich ciągłej obecności, pomimo zadawanych ran. Bo to również może boleć...
    Myślę o uczuciu do osoby, która jest częścią twojego świata, mimo że potrafi zniszczyć twój dobry nastrój w sekundę, nawet o tym nie wiedząc...

    Kiedy nawet szczęśliwa wracasz do domu, myślisz jak sprawić by ten dzień był lepszy, a tam zastajesz atmosferę zdenerwowania, a z innego pokoju co chwilę słyszysz przekleństwa - a przecież nic takiego się nie stało.

    Kiedy zrobiłaś coś głupiego, albo coś zepsułaś, może nawet sobie zaszkodziłaś, ale potrafisz sprowadzić to do porządku dziennego, aby nie dręczyć się wyrzutami sumienia, wrednymi myślami, poza tą jedną - ktoś się zdenerwuje, będzie krzyczeć, mimo że sama wiesz, że nic takiego się nie stało, że sobie poradzisz ze skutkami, konsekwencjami, nawet tymi najgorszymi. Wtedy tą najgorszą konsekwencją staje się jego gniew.

    Kiedy nie chcesz się za bardzo przejmować przyszłością, bo strach przed nią cię paraliżuje; wiesz, że tak czy siak dasz z siebie wszystko, ale zadręczanie się w tym momencie przyszłymi wydarzeniami sprawi, że koniec końców nie zrobisz nic dobrego dla siebie, a ktoś wciąż ma wobec ciebie wygórowane oczekiwania, stawia cię w dokładnie tej paraliżującej sytuacji, w której nie chcesz być. Nie daje ci działać, żyjąc w zgodzie ze samym sobą.

    Kiedy coś cię gnębi i dręczy, chcesz o tym porozmawiać, zwierzasz się, a ktoś bagatelizuje twoje sprawy cały czas skupiając się tylko na swoich. Masz nawet wrażenie, że kompletnie nie zwraca uwagi na to, co właśnie powiedziałaś. Wciąż wraca do swoich spraw, okazując brak zrozumienia.


   Wtedy zastanawiasz się co jest nie tak, dlaczego otaczasz się ludźmi, których masz dosyć, nie chcesz widzieć, bądź którzy najwyraźniej mają dosyć ciebie... Ale potem wzburzone uczucie przechodzą, patrzysz na wszystko chłodno i widzisz jednak całą prawdę. Myślisz, jak bardzo uczucia wpływają na twój stosunek do drugiej osoby...

    Bo przecież robi to dla ciebie i potrafi zawołać cię tylko po to, żebyś siedziała i rozmawiała. A gdy ty sama w złym nastroju przygotowujesz coś przychodzi, żeby poprawić ci nastrój.

    Bo mimo krzyczenia o wszystko, nawet głupoty, potrafi przyjść, przeprosić, aby innym razem, gdy będziesz leżeć w gorączce latać po całym mieście, żeby znaleźć akurat to, na co masz ochotę. Bo stara się z całych sił utemperować burzliwy charakter i zmienić reakcję. Bo kiedy psujesz sprzęt kuchenny plus prąd w całym pionie, po czym dzwonisz skruszona przyznać się do tego potrafi zareagować spokojnie, pocieszyć, pomartwić się o ciebie na pierwszym miejscu, a potem udawać przed sąsiadami, że nie ma pojęcia dlaczego taka awaria miała miejsce.

    Bo potrafi ci powiedzieć w momencie zwątpienia w siebie - hej! czym się martwisz? jesteś w tym dobra, poradzisz sobie. Bo mimo wielkich oczekiwań, ma również ogromną wiarę w twoje możliwości. Bo chce, żebyś była szczęśliwa, tylko motywacja nie wychodzi tak jak powinna. Bo wszystko co robi ma na celu zadbanie o ciebie i twoją przyszłość, żeby okazała się mniej przerażająca.

    Bo potrafi cie wspierać nawet, gdy popełnisz największą życiową głupotę. Bo sprowadza wszystkie wielkie tragedie do właściwych rozmiarów, uświadamiając ci, jak to nie warto się nimi przejmować. Bo zna cię na wylot i potrafi przewidzieć twoje reakcje. Bo może wieszać z tobą psy na głupim kolesiu, który nic nie rozumie i nie docenia. Bo będzie potrafić pomóc ci się ze wszystkim uporać.


    I możesz tego czasem nie zauważyć, ale zmieni się dla ciebie. Może wpadając od czasu do czasu nie zarejestrujesz tego, że krzyczy ciszej, wyklina mniej, naciska słabiej, słucha bardziej. Jednak kiedy się bliżej przyjrzysz, odstawisz emocje na bok, porównasz z przeszłością, to zobaczysz to wszystko. Docenisz. Zrozumiesz. A przez to pokochasz jeszcze bardziej!

sobota, 11 marca 2017

    Spotykasz go po raz pierwszy, myślisz: "ciekawy człowiek, chociaż jest w nim coś niepokojącego...", lecz od razu odrzucasz te rozważania - nie masz z nim styczności, nie będą ci potrzebne. Potem zaczynasz go zauważać coraz częściej, to normalne, kiedy nagle jedna anonimowa osoba z tłumu staje się twarzą z imieniem i nazwiskiem. Zauważasz więcej faktów z jego życia, mimowolnie bo trudno nie, gdy chodzicie do jednej szkoły. Wciąż jednak nie przywiązujesz do tego wagi - może zaśmiejesz się pod nosem, kiedy raz cię rozpozna i się przywita, a za drugim razem udaje, że nie widzi...
    To się zaczyna nagle. Odzywa się do ciebie, tak naprawdę w błahej sprawie. "O, pretekst" myślisz, kolejny raz odrzucając złe przeczucia i natrętny głosik mówiący: "strzeż się, to pewnie jakaś gra, zakład, on jest dziwny, aura niepokojąca". Tłumisz je, zbierając o nim informacje z portali społecznościowych (to on już nie jest z tą dziewczyną?!) oraz od wspólnych znajomych (środowisko szkolne przecież nie jest ogromne...). Mimo dziwnych doniesień z tego drugiego źródła, które powinny dać ci do myślenia, brniesz w to dalej - wiadomo przecież co będą mówili znajomy jego byłej... On ma swoją wersję wydarzeń, ona swoją - to wcale nie jest tak niespotykane, a ty masz już dość oceniania ludzi przez pryzmat opinii innych.
     Brniesz w to. Przyzwyczajasz się, co za tym idzie przywiązujesz. Dzień bez rozmowy to dzień zbyt pusty, coś w nim nie pasuje. Chociaż są momenty lepsze i gorsze, czasem masz nawet go dosyć. Spotykacie się. Niby macie o czym rozmawiać, jednak nie opuszcza cię to niepokojące uczucie. Ten instynkt radzący, żeby może lepiej trzymać się z daleka. "Nie znam go przecież, dam mu szansę, dowiem się o co chodzi". Naiwnie...
     Ciągnie się to, chociaż w twoim przekonaniu nie ma podstaw. Wciąż mu zależy, mimo że różnicie się jak ogień i woda. Unikasz spotkań, bo instynkt ucieczki przeważa... Kłótnia, pogodzenie i twoje "odkupowanie win" - bo oceniłam, skreśliłam, nie dałam sobie szansy go poznać. I brniecie w to dalej. Coraz częściej nie widzisz sensu w tym wszystkim, nie wiesz o co mu chodzi, ale jednak jest za późno. Przyzwyczaiłaś się, nie chcesz tak łatwo się poddawać teraz, skoro tak daleko zabrnęliście. Czujesz, że między wami coś jest mimo tego, że przeczy to całkowicie logice, faktom i twojemu samopoczuciu w jego obecności.

  I brnę w to, chociaż nie wiem czego on chce ode mnie.

  I brnę w to, chociaż nie potrafię się z nim dogadać.

  I brnę w to, chociaż nie widzę tego w przyszłości.

  I brnę w to, chociaż nie widzę sensu.

  I brnę w to, chociaż nie wiem czego chcę.

  I brnę w to, chociaż się boję...

                                                        I po co mi to wszystko w ogóle??